30 stycznia 2017

Ulubieńcy grudnia i stycznia: Holika Holika, Tony Moly, Isana, Dr Irena Eris, Golden Rose, Inglot, Zoeva, Maybelline

Jak zwykle o tej porze miesiąca chcę Was zaprosić na dzisiejszy wpis, w którym poznacie moich kosmetycznych ulubieńców ostatnich dwóch miesięcy. W grudniu takiego wpisu nie było, ponieważ pokazywałam Wam zestawienie roczne ulubieńców i dzisiaj postanawiam to trochę nadrobić. Od razu mówię, że produktów będzie sporo i mam nadzieję, że wśród tej gromady znajdziecie coś dla siebie. Będzie trochę pielęgnacji i sporo kolorówki. Zaczynamy!


Pierwszym produktem, o którym koniecznie muszę Wam opowiedzieć, ponieważ używam go od początku grudnia jest żel aloesowy marki Holika Holika. Wiecie co? Nie spodziewałam się, że ten produkt będzie tak genialny i przyjemny w użyciu. Ma żelową konsystencję, pod wpływem ciepła dłoni jakby troszkę się roztapia. Mi sprawdza się genialnie jako krem pod oczy, balsam do ciała (nie lepi się, szybko się wchłania i delikatnie pachnie), rewelacyjnie koi skórę po goleniu i zupełnie jej nie podrażnia. Ma naprawdę wiele zastosowań i można go wykorzystywać do różnych rzeczy. Dodatkowo sama butelka tego żelu jest bardzo ciekawa - mi ten design bardzo przypadł do gustu.

Kolejnym produktem pielęgnacyjnym jest peeling enzymatyczny Tony Moly, a dokładnie Appletox Smooth Massage Peeling Cream. Na początku chcę zaznaczyć, że nigdy wcześniej nie używałam peelingów enzymatycznych. Zawsze wybierałam te mechaniczne z drobinkami. Pod choinką jednak znalazłam zestaw kosmetyków Tony Moly i wśród nich był właśnie ten peeling. Zachwycił mnie!!! Słuchajcie, nakłada się go na skórę i masuje przez około dwie minuty dłońmi - pod palcami zaczynacie czuć jakieś drobinki... to jest właśnie rozpuszczony martwy naskórek. Peeling zmywa się ciepłą wodą, a skóra wygląda po prostu tak jak nigdy. Jest odświeżona, pory są czyściutkie, skóra gładziutka. Naprawdę to bardzo dobry produkt, który można kupić oddzielnie np. w Sephorze, ale widziałam go też na różnych innych stronkach z produktami azjatyckimi ;)


Hitem,  który odkryłam dopiero w styczniu okazał się olejek do mycia marki Isana. Zawsze będąc w Rossmannie zapominałam o jego zakupie, ale ostatnio udało mi się go zabrać ze sobą do domu ;) Oczywiście kupiłam go z myślą o brudnych gąbkach Blend It! i Beauty Blender, bo słyszałam od innych dziewczyn, że nic nie dopiera ich lepiej niż właśnie ten olejek. No muszę przyznać, że rzeczywiście. Próbowałam go też na pędzlach do podkładu i naprawdę jest moc! Rozpuszcza podkłady w mgnieniu oka, łatwo się wypłukuje i nie jest drogi. Szkoda tylko, że szybko się zużywa, ale jestem mu to w stanie wybaczyć i już zrobiłam sobie zapas trzech buteleczek, które będą czekać na swoją kolej.


Teraz przejdę dość płynnie do kolorówki i zacznę od pokazania Wam baz pod makijaż marki Lirene. Mam obydwie wersje tego produktu i przez ostatnie dwa miesiące używałam ich najczęściej. Wersję matującą czyli No Pores aplikowałam na środek twarzy: czoło, nos i jego okolica, broda. Natomiast baza Be Glam lądowała na policzkach. Nie są to typowe bazy silikonowe, mają konsystencję lekkiego kremu i bardzo szybko się wchłaniają. Jedna i druga daje efekt jaki producent obiecuje: No Pores matuje, Be Glam rozświetla. Jestem z nich bardzo zadowolona.

Podkład, który chwycił mnie za serce to mój nowy nabytek - Provoke Radiance firmy Dr Irena Eris. Kupiłam go na początku miesiąca (całą relację mogłyście widzieć na moim Instasnapie) na stronie Sephora. Wybrałam dla siebie odcień 110 Ivory, który okazał się jaśniejszy od mojego ulubionego Healthy Mix numer 51 i przez to jeszcze lepiej dopasowuje się do reszty ciała. Ma zadowalające krycie i bardzo naturalne wykończenie po aplikacji. Trwałość jest rewelacyjna i, co ważne, podkład nie ciemnieje.


Ulubieńcem jest również kremowy kamuflaż Kobo. No powiem Wam, że nie spodziewałam się aż tak wysokiego krycia. Jest bardzo kremowy, gęsty. Idealnie nadaje się do przykrycia niedoskonałości na cerze. Dobrze stapia się z resztą makijażu i nie ściera się z problematycznych miejsc.

Przez dwa ostatnie miesiące na moich policzkach królował róż do policzków The Balm Frat Boy. Ma tak ożywiający twarz odcień i pasuje praktycznie do każdego makijażu. Delikatnie muskam nim skórę, a ta nabiera momentalnie świeżości i niesamowitego uroku.


W makijażu oka królowała paleta Smoky marki Zoeva, którą kupiłam sobie na mikołajki. Urzekła mnie jej kolorystyka i zawsze kiedy miałam ochotę malować powieki sięgałam właśnie po nią. Posiada wszystkie odcienie, których na co dzień potrzebuję i które wykorzystuję do swojego makijażu. Formuła cieni jak zwykle w przypadku tej marki mnie nie zawodzi. Ja po prostu uwielbiam paletki Zoeva!

W styczniu w kąciki codziennie nakładałam pigment Inglota numer 118. To dość jasne złotko, które nadaje się rewelacyjnie do każdego makijażu. Rozświetla spojrzenie i dodaje smaczku nawet najprostszemu cieniowaniu ;)


Teraz pora na usta i tutaj mam naprawdę sporo produktów, ale wszystkich używałam praktycznie na zmianę. Po pierwsze pokochałam konturówki Golden Rose z serii Dream Lips. Według mnie to najlepsze konturówki na rynku odkąd Essence zmieniło formułę swoich. Teraz są bardzo suche, tępe i ciężko rozprowadzają się na ustach. Tych z Golden Rose używam codziennie pod każdą pomadkę, nawet tą matową. Moje trzy numerki, które posiadam to: 503, 504 oraz 510. Wszystkie są utrzymane w podobnej kolorystce i właśnie w takich odcieniach ostatnio uwielbiam swoje usta.

Ulubieńcem jest też pomadka GR z serii płynnych o numerze 13. Jest to jeden z nowych odcieni, które dołączyły do całej kolekcji. To ciemniejszy odcień nude, bardzo twarzowy i dość niespotykany. Uwielbiam tą pomadkę! Często sięgałam też po pomadkę Maybelline 540 Hollywood Red, która matowa nie jest, ale jej wykończenie określiłabym jako bardzo naturalne i kremowe.


I tak prezentuje się kosmetyczne podsumowanie pierwszego miesiąca 2017 roku. Kolejny na pewno będzie obfitował w nowości i testy nowych produktów ;)

Dajcie znać o swoich hitach stycznia :) 

27 stycznia 2017

Nowość: Paleta The Balm Highlight ' N ' Con TOUR | Pierwsze wrażenie

Zapowiedzi nowych kosmetyków marki The Balm zawsze powodują u mnie przyspieszenie bicia serca. Ich produkty są wysokiej jakości, mają urocze, kartonowe opakowania i są prawdziwą gratką dla maniaczek makijażu. Sama posiadam w swoim zbiorze kilka produktów tej marki i z każdego jestem bardzo zadowolona. 


Najnowszym produktem The Balm jest paleta do konturowania o zabawnej nazwie Highlight ' N ' Con TOUR. Zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia i od wczoraj jest w moim posiadaniu. Paleta jest dostępna w sklepach internetowych i kosztuje 139 zł.


Opakowanie jest zrobione porządnie, paleta jest opakowana w rękaw i ma duże lusterko.


W środku mamy 8 pudrowych produktów: dwa rozświetlacze, dwa pudry rozjaśniające, 3 brązery i róż. Tak na pierwszy rzut oka to każdy z nich jest bardzo mocno napigmentowany i delikatny w konsystencji. Żaden z pudrów nie jest suchy i kredowy.

Bardzo dobrze, że mamy aż 3 odcienie brązerów dzięki czemu będzie można stworzyć idealny kontur twarzy. Ciekawa jestem jak będą zachowywały się te jasne pudry pod oczami i czy będą dobrze gruntować korektor.  Róż także mi się bardzo podoba. Można powiedzieć, że to taki klasyczny odcień pasujący wielu osobom. Roświetlacze oczywiście niczym nie ustępują znanej Mary Lou. Dają niesamowitą taflę na skórze.



Jestem ciekawa jak ta paleta sprawdzi się podczas użytkowania i czy produkty będą trwałe. 


Dajcie koniecznie znać co sądzicie o tej nowości i czy macie na nią chrapkę ;)

21 stycznia 2017

Olejek pod prysznic Isana, czyli sposób na idealnie czyste pędzle i gąbki

Znacie ten ból kiedy nie możecie domyć podkładu ze swojego Beauty Blendera albo ulubionego pędzla? Ja znam go doskonale i od początku roku poczyniłam odpowiednie kroki aby pozbyć się tego problemu. 

Już kilka miesięcy temu przeczytałam gdzieś o olejku do mycia ciała marki Isana, którego pewna dziewczyna używała właśnie do mycia gąbek do aplikacji podkładu. Pisała, że to najlepszy produkt do tej czynności. Potem pojawiało się coraz więcej dowodów na to, że ten olejek jest rewelacyjny i doczyszcza gąbki z każdej kropli podkładu, nawet tego najcięższego. Sporo dziewczyn pokazywało go w swoich ulubieńcach, więc w końcu udało mi się go zakupić (zawsze podczas wizyty w Rossmannie o nim zapominałam). 


Olejek znajdziecie w dziale żeli pod prysznic i za butelkę 200 ml zapłacicie 6,99 zł. Cena według mnie nie jest za wysoka, jednak produkt jest bardzo rzadki i szybko się zużywa. Chętnie widziałabym butelkę 250 ml za tą samą cenę. Taka opcja wydaje mi się najbardziej optymalna.

Jak działa ten olejek? Konsystencja jest bardzo lejąca - jak każdy olejek, zapach w moim odczuciu jest dosyć neutralny - ani brzydki ani jakoś bardzo przyjemny. Wylewamy olejek na dłoń, chwytamy brudną gąbkę, moczymy ją w wodzie i wcieramy olejek. Gąbkę ściskamy, pocieramy, a olejek zaczyna się delikatnie pienić i działa! Tak, po dłoniach ciekną strużki rozpuszczonego podkładu. Kiedy już porządnie wygnieciemy naszą gąbkę, płuczemy ją dokładnie. Co ważne - olejek wypłukuje się bardzo sprawnie i szybko.


Testowałam go również na zbitych pędzlach do podkładu i tutaj działa tak samo dobrze. Pędzle są idealnie doczyszczone z wszelkich produktów. Oprócz tego szybko rozpuszcza szminki na pędzelkach, których używamy do ich aplikacji. Ogólnie sprawdza się do wymywania wszelkich tłustych produktów.

Dla mnie olejek Isana to jedno ze styczniowych odkryć, które w znacznym stopniu przyspieszyło proces prania moich pędzli, którego tak bardzo nie lubię ;) W łazienkowej szafce mam już trzy butelki tego produktu na zapas, bo tak jak wspomniałam dość szybko się zużywa.


Dajcie koniecznie znać jak Wy radzicie sobie z czyszczeniem gąbek, pędzli z tłustych produktów? Znacie ten olejek Isana?

15 stycznia 2017

Haul zakupowy | Nowości: Golden Rose, Wibo, Dr Irena Eris, Live Love

Chyba każda kobieta uwielbia robić zakupy ;) Mi szczególną przyjemność sprawiają te kosmetyczne. Postanowiłam pokazać Wam ostatnie nowości, które kupiłam, bo wiem, że bardzo lubicie takie posty. I od razu mówię, że jeśli lubicie produkty do ust to koniecznie musicie ten post zobaczyć, bo będzie tego całkiem sporo ;)


Tak naprawdę to zastanawiam się od czego zacząć, ale myślę, że najlepiej będzie zrobić to z przytupem i pokazać jako pierwszy podkład, który marzył mi się już od dłuższego czasu. Chodzi oczywiście o podkład Dr Irena Eris Provoke Radiance. Kupiłam go korzystając ze zniżek w Sephorze i wybrałam odcień 110 Ivory. Podkład ma bardzo eleganckie, ciężkie opakowanie i jasny beżowy odcień (jaśniejszy od Bourjois Healthy Mix numer 51). Kryje bardzo dobrze, wygląda naturalnie i świeżo na skórze. Testuję go teraz bardzo porządnie i niedługo pewnie napiszę o nim nieco więcej ;) Mam nadzieję, że mi się sprawdzi i będę z niego zadowolona!

Kupiłam też nowość marki Kobo - ich kremowy kamuflaż Ideal Cream. Wybrałam numerek 1 Ivory. Rzeczywiście ma bardzo wysokie krycie i jest bardzo gęsty. Będę go testować dalej i sprawdzać w różnych sytuacjach. Ciekawe jak wypadnie i czy przykryje tatuaż ;)

Kolejną dość niepozorną rzeczą jest paletka marki Live Love, którą udało mi się kupić ostatnio w Rossmannie. Mówię, że niepozorna, ponieważ na pierwszy rzut oka wygląda całkiem zwyczajnie. Ale jej wnętrze... to jest normalnie petarda! Paleta nazywa się LOVE BRONZE & LIGHT PALETTE i zawiera 6 błyszczących odcieni pudrów. Dwa z nich są bardzo ciemne i raczej nie sprawdzą się na skórze przeciętnej Polki, ale reszta jest idealna - można je stosować jako rozświetlacze lub róże. Te ciemne będą świetnie wyglądały jako cienie na powiekach. Jeśli lubicie świecidełka to pędźcie do Rossmanna po taki uroczy zestaw ;)



W Rossmannie skusiłam się też na jeden z nowych odcieni pomadek Wibo Million Dollar Lips. Wiecie, że bardzo lubię te pomadki, a szczególnie numer 01. No i teraz dołączyła do grona tych naj pomadka 05. To jasny beżowy odcień, ale nie korektorowaty. Jest widoczny na ustach, ale nienachalny. Podoba mi się ;)

Do koszyka wpadł też puder sypki Wibo - Fixing Powder do którego często wracam, bo to naprawdę dobry produkt. Nie będę pisać nic więcej - jest dobry i już! Zresztą nieraz pokazywał się w moich ulubieńcach.


Teraz mini zakupy, które zrobiłam na wysepce Golden Rose. Kupiłam oczywiście same produkty do ust... Ogólnie szłam na stoisko z zamiarem zakupu jednej z nowych płynnych matowych pomadek, które wyszły w ostatnim czasie. Mój wybór padł na numer 13. To piękny odcień ciemniejszego nude, który po wyschnięciu jest odrobinkę ciemniejszy niż w opakowaniu. Mając tą pomadkę na ustach zbieram masę komplementów i zapytań o tą pomadkę. Nie da się ukryć, że jej kolor jest wyjątkowy. 

Oprócz tej pomadki bardzo spodobał mi się numerek 39 z serii Velvet Matte i ta szminka również wróciła ze mną do domu. Jest jaśniejsza od numeru 07, który mam i bardzo lubię. Idealnie sprawdzi się na dzień, do pracy, szkoły i na uczelnię. 

Kupiłam jeszcze dwie konturówki do ust z serii Dream Lips, które uwielbiam! Moim zdaniem to najlepsze konturówki do ust. Kosztują tylko 6,30 zł i mają masę odcieni. Są dość miękkie i bardzo łatwo obrysowuje się nimi usta. Ogólnie to ostatnio bardzo polubiłam używanie konturówek w duecie z pomadką, ponieważ wtedy osiągam najbardziej dokładny i trwały makijaż ust. Konturówki kupuję na potęgę ;) Na stoisku wybrałam numer 503 oraz 510.



Oprócz kolorówki kupiłam płyn micelarny Soraya Clinic Clean do codziennego zmywania makijażu i chusteczki do demakijażu Alterra Bio-Aloe Vera z myślą o czyszczeniu dłoni po skończonym malowaniu, które często są brudne w kosmetykach aż po łokcie ;) No cóż takie uroki pracy wizażystki :D


Pokazałam Wam już wszystkie swoje ostatnie nowości. Koniecznie napiszcie mi co ciekawego Wy kupiłyście lub na co polujecie ;)

A tak w ogóle to wiecie, że od lutego w szafach Wibo pojawi się paleta do kremowego konturowania bardzo mocno inspirowana paletką ABH? Jestem jej bardzo ciekawa :D

12 stycznia 2017

Makijaż z błękitem | Nowości w akcji: NYX, Lirene, Kobo, Pierre Rene, Golden Rose, L'oreal

Czy tylko ja mam wrażenie, że na blogu dawno nie było makijażu z wykorzystaniem błękitu? Kolor dość specyficzny i wiele osób go unika. Twierdzą, że dają bazarowy efekt i wygląda po prostu tandetnie. Jeśli mam być szczera to pewnie nałożony na całą powiekę niebieski cień rzeczywiście wyglądałby komicznie, ale jeśli wykorzystamy go z umiarem możemy uzyskać bardzo ładny efekt. 

Mój dzisiejszy makijaż zawiera właśnie błękity, ale nie występują one solo. Mamy dwukolorową kreskę, iskrzące pigmenty i klasyczne cieniowanie na ruchomej powiece. Do jego wykonania użyłam kilku nowości, które ostatnio się u mnie pojawiły, a wszystkie kosmetyki, których użyłam wypisałam Wam dokładnie pod zdjęciami na samym dole ;) Także zachęcam zajrzeć do opisu.






Kosmetyki wykorzystane do wykonania tego makijażu:

TWARZ:
*baza pod makijaż Lirene No Pores
*podkład Pierre Rene Skin Balance odcień Champagne
*korektor Catrice Liquid Camouflage 010
*puder Kobo Brightener Matte Powder (pod oczy)
*puder ryżowy Ecocera (reszta twarz)
*brązer My Secret FACE'N'BODY
*rozświetlacz My Secret Sparkling Beige

OCZY: 
*baza pod cienie Avon
*cienie z paletki The Balm Balmsai
*błękitne cienie Inglot
*pigment Inglot numer 114
*mascara L'oreal Volume Million Lashes So Couture
*eyeliner Nyx Aqua Luxe odcień Glam Azure
*eyeliner żelowy Maybelline
*rzęsy Ardell Demi Wispies
*klej do rzęs Lash Grip
*cienie do brwi zestaw Catrice
*żel do brwi Golden Rose Longstay

USTA:
*płynna matowa pomadka Golden Rose numer 13
*konturówka do ust Golden Rose Dream Lips numer 503

10 stycznia 2017

Kilka urodowych wpadek, których nie zaliczyłam dzięki swojej mamie

Nie jestem może strasznie dorosła, ale wydaje mi się, że okres nastoletniego buntu mam już za sobą. I w sumie bardzo się z tego cieszę, bo mimo tego, że nie przysparzałam swoim rodzicom kłopotów to miałam szalone pomysły, które dotyczyły mojego wyglądu. Chciałam zwrócić na siebie uwagę całego świata i wyróżniać się z tłumu. Całe szczęście, nad moimi decyzjami pieczę miała moja mama, która uchroniła mnie przed tymi nastoletnimi wariactwami. Jeżeli chcecie się dowiedzieć o czym marzyłam wieku 13-15 lat to zapraszam na dalszą część tego wpisu ;)

1. WARKOCZYKI SYNTETYCZNE - tak to było moje marzenie na przełomie pierwszej i drugiej klasy gimnazjum. Wiecie warkoczyki zaplecione na całej głowie, które wyglądają niczym dredy... Bardzo mi się to wtedy podobało i długo zbierałam pieniądze aby dokonać tego "upiększającego zabiegu". W tamtym czasie było to też modne i dość popularne. Nie mam bladego pojęcia co w tym ładnego. Ani tego dokładnie umyć ani uczesać... Całe szczęście mama dość szybko wybiła mi ten pomysł z głowy. 

2. FARBOWANIE WŁOSÓW - ten etap chciejstwa ma na swoim pewnie każda nastolatka. No wiecie wszystkie koleżanki farbują włosy to i ja chcę. Sama w sumie nigdy nie wiedziałam na jaki kolor chciałabym zmienić swój naturalny, a liczyło się jedynie to aby po prostu włosy pofarbować. Moja mama długo tłumaczyła mi, że naturalne włosy są najlepsze, że sobie zniszczę i że to całe farbowanie jest na dłuższą metę bardzo uciążliwe. 

3. ŚCIĘCIE WŁOSÓW NA KRÓTKO - bardzo męczyło mnie zapuszczanie moich kosmyków. Miałam etap ścinania włosów na boba, a potem odmieniło mi się i chciałam z powrotem mieć długie włosy. Wiecie jak to jest jak włosy odrastają, nie da się ich ani ułożyć ani porządnie związać. Pamiętam jak męczyłam mamę żeby zapisała mnie do fryzjera, bo nie chcę już zapuszczać włosów i wracam do krótkich. Mama wtedy powiedziała stanowcze nie i bardzo jej za to dziękuję, bo teraz moje włosy w końcu są coraz dłuższe, a mi nawet przez myśl nie przechodzi aby je obcinać.

4. SZTANGA W UCHU - w okresie nastoletnim przechodziłam również fascynację piercingiem. Jakoś w gimnazjum przebiłam sobie ucho po raz drugi (czego nie żałuję), a potem chciałam sięgać coraż wyżej wykonując kolczyki w innych miejscach. Najbardziej marzyłam o sztandze w uchu... Najlepiej po obu stronach zakończonej kolcami... Masakra, jak sobie teraz o tym przypomnę! No, ale kiedyś bardzo mi się to podobało i wydawało mi się, że taki kolczyk będzie pasował do mojego wizerunku. I nie powiem, bo teraz również chciałabym zrobić sobie kilka kolczyków, ale znacznie delikatniejszych, które nie rzucają się tak strasznie w oczy.


I to są właśnie cztery wpadki przed którymi uchroniła mnie moja mama. Jak sobie pomyślę jaką krzywdę chciałam sobie tym wszystkim wyrządzić to aż słabo się robi :) No cóż nastolatki rządzą się swoimi prawami. Dobrze jest mieć jednak rodziców, którzy trzymają rękę na pulsie! ;)

Koniecznie napiszcie mi o swoich szalonych nastoletnich pomysłach. Chętnie poczytam o Waszych szaleństwach ;)


5 stycznia 2017

Makijaż studniówkowy | Błyszczący ciepły glam

Już niedługo rozpocznie się sezon studniówkowy i nie wyobrażam sobie zostawić Was bez propozycji makijażu na taką okazję. Ja swoją studniówkę miałam w zeszłym roku i w tym dniu postawiłam na błyszczące oczy i nieśmiertelną pomadkę Wibo Million Dolar Lips o numerze 1. Oczywiście zależało mi na tym aby wyglądać jak najlepiej i czuć się wyjątkowo. Czułam się wspaniale! I ogólnie moją studniówkę zaliczam do najbardziej udanych imprez w życiu :)


Moja dzisiejsza propozycja makijażu to błysk na powiekach oraz nie zbyt błyszczące, zgaszone usta. Zdecydowałam się stworzyć makijaż w ciepłej tonacji, która jest ostatnio bardzo na czasie ;) Studniówka to taki bal na którym można zaszaleć ze swoim makijażem, ale należy pamiętać o umiarze i złotego środka. Nie ma co przesadzać i wyglądać jak choinka. 

Ten makijaż sprawdzi się przy minimalistycznych sukienkach, małych czarnych lub pięknych sukniach maxi w jednolitym kolorze bez żadnych zdobień. Taki look cudownie dopełni Waszą całą stylizację.




Jeśli chcecie odwzorować ten makijaż na sobie to zerknijcie sobie czego ja użyłam do jego wykonania. Oczywiście nie musicie używać tych samych kosmetyków, jeśli innymi jesteście w stanie osiągnąć ten sam efekt,

Do wykonania tego makijażu użyłam:

TWARZ: 
*Podkład Gosh Foundation Drops! numer 004
*korektor Collection Lasting Perfection numer 01 Fair
*kółeczko kremowych podkładów Kobo
*puder Kobo Brightener Matte Powder
*puder matujący Ingrid
*brązer i rozświetlacz paletka Wibo 3 Steps To Perfect Face

OCZY:
*baza pod cienie Avon
*cienie Inglot kolekcja What a Spice!
*pigment Inglot numer 24
*cień foliowy Makeup Revolution Rose Gold
*cień Kobo numer 205
*mascara L'oreal Volume Million Lashes So Couture
*cielista kredka My Secret numer 19
*cienie do brwi z zestawu Catrice
*żel do brwi Golden Rose
*rozświetlacz Lovely odcień Lovely

USTA:
*konturówka Golden Rose Dream Lips numer 523
*pomadka Maybelline numer 540 Hollywood Red
*pomadka matowa Golden Rose numer 10


4 stycznia 2017

L'oreal Glam Matte 510 Cherry Crop

Matowe produkty do ust to coś co kocham całym swoim sercem. Są niezastąpione w wielu sytuacjach i mogą przetrwać na naszych ustach naprawdę wiele. Całkiem niedawno postanowiłam wypróbować kolejną markę, która wypuściła na rynek tego typu produkty i padło na L'oreal i ich matowe błyszczyki Glam Matte, a konkretnie na odcień 510 Cherry Crop.


W jej kolorze zakochałam się momentalnie - przepiękna lekko chłodna czerwień, ale czy naprawdę jest taka idealna? Tego dowiecie się w dzisiejszym poście. Myślę, że naprawdę warto przeczytać go do końca.

Już samo opakowanie produktu przyciąga uwagę. Smukłe, eleganckie, takie klasyczne - mi bardzo się podoba. Moim zdaniem wygląda dość luksusowo.


Sam produkt delikatnie przypomina mi formułą pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet, ponieważ jest takim musem, z tym, że akurat tym L'oreala już po jednym przeciągnięciu uzyskujemy intensywny kolor na ustach.

Pomadka ma bardzo wygodny i precyzyjny aplikator w kształcie serduszka i naprawdę świetnie się go używa. Każdy będzie w stanie idealnie pomalować nim usta.

Pomadka jest też bardzo trwała i komfortowa w noszeniu. Nie przesusza ust i nie sprawia, że pod koniec dnia usta wyglądają jak rodzynki.


I tak naprawdę wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że pomadka lubi rozlewać się poza kontur ust, co wygląda bardzo nieestetycznie. Znalazłam na to sposób, owszem, ale inne pomadki tego typu nie robią takich rzeczy. Aby zapobiec wychodzeniu pomadki poza usta najpierw obrysowuję je bezbarwną konturówką Essence (Golden Rose też ma taką w swojej ofercie) i wtedy dopiero nakładam pomadkę. Wtedy nic się z nią nie dzieje. Próbowałam również ze zwykłymi konturówkami, ale efekt nie był taki jakiego bym oczekiwała. Zwykłe konturówki w tym przypadku dopełniają często tą transparentną, ale nigdy nie działają solo ;)


Od połowy grudnia maltretuję ten kosmetyk i praktycznie noszę go bez przerwy. Tak strasznie mi się podoba i serdecznie go Wam polecam. Jego kolor jest piękny i klasyczny, więc będzie pasował wielu typom urody.

1 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016 + moje plany na rok 2017

To co? Przed nami kolejny rok? No, pewnie ;) Ja się nigdzie stąd nie ruszam - zostaję z Wami i liczę, że Wy też mnie nie opuścicie i będziecie wciąż ze mną tworzyć tą społeczność. Liczę na to, że liczba moich obserwatorów się powiększy.

Słuchajcie, miniony rok był dla mnie dość intensywny i naprawdę dobry. Przygotowania do matury, studniówka, sama matura, rekrutacja na studia, zdanie egzaminu na prawo jazdy, najdłuższe wakacje życia i intensywny sezon ślubny - to wszystko działo się przez ostatnie 12 miesięcy.


Mam nadzieję, że rozpoczęty właśnie rok będzie dla mnie równie dobry bądź nawet lepszy niż miniony. Głównym punktem tego roku będzie oczywiście czerwiec i ślub mojej najukochańszej siostry. W głowie masa planów i pomysłów na resztę miesięcy - dzisiaj chciałabym je Wam przedstawić chociaż w jakiejś części.

Pierwszym i w sumie podstawowym punktem, który muszę zrealizować jest gruntowna organizacja moich kosmetyków. W ostatnim czasie moje "zbiory" kosmetyczne znacznie się rozrosły i muszę to wszystko sobie dobrze poukładać. Nie wiem jeszcze jak to zrobię i czy będę kupowała organizery, ale jeśli się na takie zdecyduję to wybiorę te ze sklepu Anela.


Kolejna sprawa to poprawa jakości zdjęć na blogu i regularne dodawanie postów. Robienie ładnych zdjęć ułatwi mi mój nowy aparat, ale postów za mnie nie napisze ;) Będę pracowała nad systematycznością w tym temacie. Postaram się również dodawać więcej makijaży wykonanych na modelkach, nie tylko na sobie.

Chcę również ciągle doskonalić się w temacie makijażowym, nie wykluczam kolejnych szkoleń w tym zakresie. Oczywiście nadal pragnę malować klientki i na razie nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej. Kalendarz na ten rok powoli się zapełnia ;))

Na rok 2017 mam jeszcze jeden obszerny plan, o którym nie będę Wam tutaj nic pisać. Jest dla mnie bardzo istotny i mam nadzieję, że się powiedzie. Jeśli tak się stanie to oczywiście na blogu pojawi się odpowiedni materiał z jego realizacji. Na tą chwilę możecie jedynie trzymać za mnie kciuki i życzyć powodzenia! ;)


I to byłoby na tyle. Koniecznie dajcie znać o swojej obecności w komentarzu i jeśli macie ochotę napiszcie mi co Wy planujecie na ten rok, chętnie poczytam :)