23 lutego 2017

Ulubieńcy lutego | The Balm, Nabla, L'oreal, Catrice, Wibo

Jak dobrze, że luty już się kończy! To znaczy, że wiosna już za pasem i tak naprawdę zostały już niecałe 4 tygodnie kalendarzowej zimy ;) Ja się bardzo z tego powodu cieszę, bo brakuje mi słońca i to już od dłuższego czasu. Ale zanim marzec i wiosna to trzeba podsumować kosmetycznie luty i dzisiaj właśnie zapraszam Was na ulubieńców ;) Tym razem jedynie kilka rzeczy, ale za wszystkie są po prostu bombowe i polecam je z całego serduszka ;))


Luty był dla mnie miesiącem testowania nowych kosmetyków, które w ostatnim czasie udało mi się zakupić. 

Od pierwszego użycia moje serce podbiła paleta do konturowania marki The Balm. Brązery są fantastyczne, rozświetlacze bardzo eleganckie i subtelne. Każdy produkt ma bardzo przyjemną konsystencję przez co dobrze się nimi pracuje i nie ma problemu z ich rozcieraniem. Cena tej palety jest wysoka, ale moim zdaniem to naprawdę świetny produkt ;) W sumie z marszu wiedziałam, że ta paleta ukaże się w ulubieńcach ;)



Kolejnym ulubionym produktem, również z marki The Balm, jest kremowy podkład Time Balm w odcieniu Light. Lubię ten podkład i często do niego wracam. Ma krycie na idealnym dla mnie poziomie, ładny odcień. Najczęściej aplikuję go przy pomocy gąbki i wtedy uzyskuję nieskazitelny efekt. Nie ściera się, nie ciemnieje po nałożeniu i jest baaaardzo wydajny.

W lutym najczęściej sięgałam po róż Catrice w odcieniu Coral Me Maybe. To jeden z moich ulubionych produktów do policzków. Ma bardzo subtelny koralowy odcień i super pasuje do każdego makijażu. Sięgam po niego na co dzień, bo ciężko sobie nim zrobić krzywdę ;)


Ulubieńcem lutego jest też pomada do brwi marki Nabla. Moja jest w odcieniu Venus i idealnie pasuje do koloru moich włosów. Pomada jest kremowa, mocno napigmentowana i bardzo trwała. Sięgam po nią niemal codziennie. Wcześniej używałam pomady z Inglota o numerze 11, teraz przyszła pora na Nablę. W najbliższym czasie zrobię Wam porównanie tych dwóch produktów ;)

Jeśli chodzi o rzęsy to u mnie nadal króluje mascara L'oreal Volume Million Lashes So Couture. Uwielbiam ten tusz, bo daje świetny, trwały efekt. Nie odbija się, ani nie osypuje i to jest dla mnie najważniejsze ;)


Ostatnim ulubieńcem jest matowa pomadka Wibo z serii Million Dollar Lips w nowym odcieniu numer 5. To bardzo jasny odcień nude, którego jedna warstwa jest na ustach niemal niewidoczna. Dopiero przy drugiej warstwie pokazuje się intensywniejszy kolor. To odcień bardzo subtelny, na co dzień, który w lutym bardzo często lądował na moich ustach.


I tak właśnie wygląda moje lutowe zestawienie ulubieńców ;) Czy używałyście któregoś z tych produktów? Jacy są Wasi ulubieńcy mijającego miesiąca? Podzielcie się swoimi hitami w komentarzach :))


20 lutego 2017

Orphica PURE Serum pod oczy, czyli produkt ratujący suchą skórę pod oczami

Jeżeli borykacie się z suchą skórą pod oczami, a po przebudzeniu ta okolica często jest opuchnięta i podrażniona to myślę, że dzisiejszy wpis Was zainteresuje ;) 

I będzie on dość nietypowy, ponieważ produktu nie testowałam tylko na sobie, ale też na swojej mamie. O czym ja w ogólę mówię piszę? O serum marki Orphica Pure. Produkt ten wpadł mi w oko kiedy przeglądałam stronę ZnamLek.pl i bardzo kusiło mnie aby go przetestować.

Zacznę od tego co na temat produktu mówi sam producent, a później przejdę do opinii swojej mamy i dodam też kilka słów od siebie.

PURE to serum, dzięki któremu będziesz mogła kompleksowo zadbać o delikatną skórę pod oczami. Produkt intensywnie nawilża, świetnie odżywia i wygładza skórę. Perfekcyjnie dobrane składniki działają przeciwzmarszczkowo. Serum spłyca zmarszczki mimiczne i grawitacyjne oraz zapobiega ich pogłębianiu się. PURE poprawia także nawilżenie skóry, wzmacniając jej barierę hydrolipidową oraz chroni komórki przed działaniem wolnych rodników.

PURE intensywnie ujędrnia i regeneruje. Dzięki niemu zapomnisz o cieniach i opuchnięciach pod oczami. Serum poprawia także koloryt skóry i delikatnie ją rozświetla. Wystarczy tylko kilka kropel, aby Twoje spojrzenie nabrało blasku i świeżości!


Serum jest zamknięte w szklanej buteleczce z pipetą o pojemności 15ml. Jak na produkt pod oczy jest to całkiem duża pojemność. Serum ma lekką, żelową konsystencję i lekko mleczne zabarwienie. Ja przechowuję je w lodówce i wtedy przy aplikacji ono bardzo przyjemnie chłodzi skórę.

Jeśli chodzi o opinię mojej mamy to ona jest ze stosowania tego produktu bardzo zadowolona. Ma bardzo wrażliwą skórę, a to serum jej nie podrażnia. Dodatkowo bardzo mocno nawilża i zniwelowało uczucie ściągnięcia i przesuszenia okolicy pod oczami. Mama zauważyła też różnicę w utrzymywaniu się korektora pod oczami ;) Twierdzi, że nie wchodzi on w zmarszczki tak mocno jak przed stosowaniem tego produktu. Najbardziej jednak cieszy ją to, że w końcu coś porządnie odżywiło i nawilżyło obszar wokół jej oczu.

To co mogę dodać od siebie to faktycznie to serum to całkiem fajna baza pod korektor. Po nałożeniu szybko się wchłania, a skóra jest jakby lekko lepka, taka przyjemna w dotyku i przez to sprawia, że korektor lepiej na skórze leży. Bardzo mi się ten produkt spodobał, a mama zakupiła już kolejną buteleczkę, bo pierwsza niestety powoli się kończy.




Ogólnie to serum przychodzi opakowane w taki ładny karton z niebieskim tłoczeniem. W środku jest tekturowa wkładka gdzie w małym pudełeczku znajduje się docelowy produkt. Przyznam, że to idealna propozycja na prezent, ponieważ wygląd jest bardzo elegancki.


Dajcie mi koniecznie znać czy znacie ten produkt. Czego Wy używacie pod oczy? Jaki produkt Was zachwyca?

16 lutego 2017

Komfortowe i trwałe pomadki Maybelline Color Sensational 547 & 540

Ostatnio mam wrażenie, że produkty do ust, które nie mają matowego wykończenia albo płynnej formuły zostały przez kobiety trochę zapomniane. Nikt już nie wspomina o zwyczajnych, komfortowych pomadkach do ust. 

Ja sama oczywiście jestem ogromną fanką szminek matowych, ale w swoim zbiorze mam też sporo pomadek o kremowym wykończeniu. Dzisiaj napiszę Wam kilka słów o dwóch pomadkach marki Maybelline z serii Color Sensational, które są ostatnio jednymi z moich naj ;)


Tak jak napisałam wcześniej są to pomadki o kremowym wykończeniu. Mają bardzo dobrą pigmentację i nawilżającą formułę. Gładko suną po ustach, ale nie są błyszczykowe - pokrywają usta kolorem w 100%.


Kolory, które posiadam ja to 547 i 540. Ta pierwsza nazywa się Pleasure Me Red i jest to przepiękny odcień soczystej czerwieni. Krwisty i chłodny przez co optycznie wybiela nasze zęby. Mimo tego, że pomadka nie jest zastygająca to nie przemieszcza się w ciągu dnia i nie ląduje też na zębach ;) Myślę, że to dość istotne w przypadku pomadek, a szczególnie tak intensywnych. 

Druga pomadka to Hollywood Red, jednak ja nie określiłabym tego koloru czystą czerwienią. Dla mnie jest to odcień jak najbardziej na co dzień, ma w sobie domieszkę brązu, różu i czerwieni właśnie. Ostatnio jest to moja ulubiona pomadka i bardzo często jej używam.


Dla mnie są to bardzo dobrej jakości drogeryjne pomadki i jeśli nie lubicie matowych szminek lub po prostu zbyt mocno przesuszają Wam usta to polecam rozejrzeć się w sklepie właśnie za tymi z Maybelline. Ich trwałość jest bardzo dobra, a do wyboru jest sporo odcieni, więc może uda się Wam znaleźć wśród nich coś dla siebie :)



Znacie te pomadki? Macie je w swoich kosmetyczkach?

13 lutego 2017

Makijaż na walentynki | Brzoskwiniowe cut crease

Walentynki są już jutro i przyznam szczerze, że dla mnie to zwyczajny dzień. Jeśli ktoś kocha to robi to przez cały rok, o każdej porze dnia i nocy. Nie musi specjalnie czekać na 14 lutego aby kupić bukiet róż i powiedzieć bliskiej osobie, że ją kocha.

I pomimo tego, że ja ten dzień spędzę zwyczajnie to może część z Was wybiera się na jakąś kolację albo na randkę do kina. Tak czy inaczej przygotowałam na tą okazję makijaż.

Coś innego, nie jakieś zwykłe klasyczne cieniowanie, a coś w rodzaju cut crease z metalicznymi kreskami. Wykorzystałam tutaj paletę The Balm i cienie Nabla.






Dajcie znać jak Wy spędzacie Walentynki? To dla Was jakaś szczególna okazja czy zwyczajny dzień?


12 lutego 2017

(Nie)miły powrót do klasycznych lakierów do paznokci | Uczulenie na lakiery hybrydowe Semilac | Manicure lakierem Golden Rose Ice Chic numer 19

Hybrydy to wygoda, to niezwykła trwałość, połysk i ogromna paleta kolorów do wyboru... Wzorki, zdobienia, efekty lustra, holo i wiele, wiele innych... Wszystko ładnie, pięknie tylko co w przypadku gdy lakiery hybrydowe odbijają się negatywnie na naszym zdrowiu? No właśnie. Jeżeli obserwujecie mnie w SM to pewnie już słyszałyście, że uczuliły mnie lakiery hybrydowe Semilac. 


HISTORIA MOJEGO UCZULENIA
Wszystko zaczęło się pod koniec listopada kiedy w dzień po malowaniu paznokci miałam niemal popalone, poparzone skórki wokół paznokci. Skóra piekła niemiłosiernie była czerwona jak lawa. Odchodziła suchymi płatkami dochodząc aż do krwi... (Zdjęć z tego okresu nie będę publikowała, bo wolę pokazywać tutaj ładniejsze rzeczy). Wtedy zapaliła mi się lampka w głowie, że coś jest nie tak. Zdjęłam hybrydy natychmiast, umyłam dokładnie dłonie i rzuciłam się na słoik z olejem kokosowym, który ratował mnie z opresji ;) Smarowałam nim zarówno płytkę paznokcia jak i skórki dookoła, które momentalnie wchłaniały ten magiczny specyfik. Skóra dochodziła do siebie baaaaardzo długo i wciąż była nadmiernie sucha. I niby sytuacja zaczynała się już powolutku prostować, ale po kilku dniach od zdjęcia hybryd z paznokciami zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy. Płytka zaczęła odchodzić od skóry, pojawiły się ciemne pręgi biegnące przez całą długość paznokcia. Paznokcie skróciłam wtedy do zera, bo były tak giętkie jak folijka i wtedy wiedziałam już, że z hybrydami Semilaca kończę swoją przyjaźń. Od zdjęcia swoich ostatnich hybryd nie malowałam paznokci wcale. Dałam im czas na regenerację i jedyne co z nimi robiłam to piłowałam i nawilżałam. Z tygodnia na tydzień było z nimi coraz lepiej. 
Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła jeszcze jednego podejścia do lakierów Semilac. Zrobiłam to kilka dni temu. Wieczorem spędziłam prawie dwie godziny na malowaniu swoich paznokci. Po pomalowaniu nic się złego nie działo, ale rano po przebudzeniu czułam znów to samo pieczenie co pod koniec listopada, a skóra wokół paznokci znowu była czerwona. Hybrydy zdjęłam momentalnie. I tak właśnie zakończyłam przygodę z lakierami hybrydowymi Semilac na zawsze. Lakiery już odsprzedałam i nie mam zamiaru wracać do nich ponownie!


GOLDEN ROSE ICE CHIC NUMER 19
Tego samego dnia kiedy ściągnęłam felerne hybrydy wybrałam się do sklepu aby zakupić zwyczajny, klasyczny lakier do paznokci. Padło na markę Golden Rose i serię Ice Chic. Wybrałam odcień, który ostatnio bardzo lubię (mam taką bluzę, mam pomadki). To jasny dość neutralny (może tylko delikatnie chłodny) lakier nude i ma on numerek 19. Jest kremowy, bezdrobinkowy i fenomenalnie wygląda na paznokciach.


Malowanie nim paznokci jest bardzo przyjemne, chociaż trochę mnie denerwuje, że lakier nie schnie w mgnieniu oka (hybryda dawała jednak ten komfort, że lakier wysychał w ciągu kilkunastu sekund). Aby kolor pokrył płytkę w 100% i wyglądał tak jak w buteleczce trzeba nałożyć aż trzy warstwy, ale powiem Wam szczerze, że wolę aplikować te trzy warstwy i odczekać dłuższą chwilę aż lakier całkowicie wyschnie niż patrzeć jak odpadają mi paznokcie od manicuru hybrydowego. 

Lakiery z tej serii mają uroczą buteleczkę w kształcie kostki i kosztują jedynie 6,90 zł.


W najbliższym czasie lakier Golden Rose Ice Chic w kolorze 19 będzie królował na moich paznokciach. A ja będę go dumnie nosić, bo jest po prostu śliczny ;)

Dziewczyny dajcie mi koniecznie znać czy Semilac też Was uczulił! A może używacie innych marek jeśli chodzi o lakiery hybrydowe? Które uczulają, a które nie?

11 lutego 2017

Jak poprawnie używać konturówki do ust? Jak nie zrobić sobie "krzywdy"? | Moje triki i sposoby + DEMO

Pisałam Wam ostatnio, że na nowo pokochałam konturówki do ust i od pewnego czasu goszczą w każdym moim makijażu. Najbardziej lubię te z Golden Rose o czym pisałam całkiem niedawno na blogu (klik!). Obiecywałam też post w którym pokażę jak powinno się takiej konturówki używać, bo wiem (i w sumie czasami też widzę), że nie każda kobieta potrafi to robić poprawnie.



Myślę, że powinnam wyjść od tego, że konturówek możemy używać na dwa sposoby: obrysowywać sam kontur ust lub wypełniać je w całości. I o ile w przypadku drugiej opcji nie ma problemu z doborem odcienia, tak w wersji pierwszej już taki problem się pojawia. Pamiętajcie, że konturówka powinna współgrać z Waszą pomadką, którą chcecie w danym dniu nosić. Nie musi być identyczna, ale nie może odbiegać kolorem lub dziesięcioma tonami od odcienia Waszej pomadki. Może być odrobinkę jaśniejsza lub ciemniejsza. Jej głównym zadaniem jest zapobieganie rozlewaniu się pomadki poza kontur, ale stanowi też idealne wykończenie makijażu ust.


Dbajcie o to żeby konturówka była dobrze zaostrzona. Tylko taką obrysujecie idealnie swoje usta.

Ja obrysowanie ust zawsze zaczynam od środka dolnej wargi i robię to minimalnie poza konturem, dosłownie 1 mm. W ten sposób delikatnie powiększam usta, ale one wciąż wyglądają naturalnie.


Pamiętajcie, że kąciki ust muszą "pozostać" w tym samym miejscu! Już kilka razy widziałam takie kobiety, których kąciki ust mają szerokość kilku mm, ponieważ nie potrafią prawidłowo używać konturówki i w sposób karykaturalny powiększają sobie usta. No nie o to w tym chodzi...

Górną wargę też warto delikatnie powiększyć, ale umiejętnie. Trzeba to zrobić tak aby pasowała do dolnej. Ja zwykle na środku rysuję sobie "X" i wtedy jest mi łatwiej stworzyć ładny kontur.

Jeśli miałybyście problem z doborem odcienia konturówki do swojej pomadki to wybierzcie konturówkę transparentną, która będzie pełniła funkcję bariery chroniącej przed rozlewaniem się poza kontur ust nałożonej pomadki. Ja mam taką kredkę z marki Essence i świetnie się sprawdza ;)

Mam nadzieję, że ten post się Wam przyda i, że zdjęcia dość dobrze oddały jego sens ;) Dajcie znać czy używacie konturówek do ust. Lubicie je czy dla Was to zbędny gadżet?

7 lutego 2017

Paleta z cieniami w formie wkładów | Inglot Flexi Palette | Warm tones

Są tutaj cieniomaniaczki? Ja na pewno zaliczam się do ich grona. Cieni do powiek mam mnóstwo i wciąż kupuję nowe, ponieważ chcę spróbować różnych formuł ;) Najlepiej sprawdzają się u mnie palety. W dzisiejszym poście pokażę Wam cienie, które zamknęłam w palecie Flexi marki Inglot. Jest to paleta, którą starałam się utrzymać w ciepłej tonacji, ale jest też kilka chłodniejszych odcieni (wykorzystuję je do wymodelowania oka). 

Jeżeli jesteście ciekawe jakie cienie kryją się w tej białej kasetce to zapraszam na wpis ;)


Cienie w palecie mają różne wykończenia: od matowych, przez perłowe i z drobinkami aż po niemal foliowe. Marki, które królują to oczywiście Inglot i Kobo, ale są tutaj też dwa gagatki z marki Sensique, które wyciągnęłam z opakowań. 


To zestawienie kolorystyczne i właśnie kilka chłodniejszych odcieni sprawia, że paleta jest bardzo funkcjonalna i chętnie sięgam po nią przy pracy z klientkami. Mam tutaj wszystko czego potrzebuję.
Dodatkowo bardzo pasuje mi rozmiar palety, ponieważ bez problemu mogę trzymać ją w dłoni. Poza tym jest wykonana bardzo solidnie ma mocną matę magnetyczną co sprawia, że cienie się w niej nie przesuwają. 

Na zdjęciu poniżej podpisałam wszystkie cienie, które tutaj mieszkają.


A tu jeszcze kilka swatchy wybranych z palety odcieni ;)


Posiadacie samodzielnie skomponowane paletki z cieniami czy stawiacie na te gotowe? Dajcie znać co sądzicie o cieniach Inglota i Kobo? ;)

4 lutego 2017

Jak aktualnie wygląda mój makijaż dzienny? | Ulubione produkty

Czego wymagam od swojego codziennego makijażu? Aktualnie na pierwszym miejscu stawiam trwałość. Zależy mi też na nieskazitelnej cerze i efekcie WOW bez dużego nakładu pracy. Codziennie rano przed wyjściem jestem w stanie poświęcić na swój makijaż około 20 minut. Pewnie dla większości z Was ta ilość czasu jest bardzo duża jednak dla osoby takiej jak ja, która uwielbia kosmetyki, a wykonywanie makijażu sprawia jej niesamowitą przyjemność to naprawdę niewiele ;) Czas płynie bardzo szybko, a ja makijażem mogę się bawić godzinami... W tym poście chcę Wam pokazać jak maluję się przez ostatnie tygodnie i jakie kroki wykonuję aby osiągnąć zamierzony efekt.


Rano po umyciu skóry nie nakładam już na nią żadnego kremu, a w to miejsce aplikuje bazę pod makijaż i obecnie najczęściej jest to baza Be Glam marki Lirene, która bardzo ładnie rozświetla i nabłyszcza skórę. Potem sięgam po podkład Catrice HD Liquid Coverage i aplikuję go przy pomocy gąbeczki. W strategicznych miejscach ląduje też korektor, całość utrwalam pudrem sypkim.


Dalej sięgam po matowe brązery i modeluję nimi twarz. Ostatnio testuję nową paletę do konturowania The Balm i na chwilę obecną jestem z niej bardzo zadowolona. Solidnie blenduję granice tak aby wszystkie elementy tworzyły jednolitą całość. Ostatnio nie rezygnuję też  z rozświetlacza! Nakładam go całkiem sporo tak aby skóra była świetlista i odbijała światło patrząc na nią pod odpowiednim kątem. 

Jeśli chodzi o makijaż oczu to tutaj nie ma żadnego skomplikowanego elementu. Do podreślenia brwi używam pomady marki Nabla w odcieniu Venus. To moje ostatnie odkrycie i prawdziwy brwiowy hit. Załamanie powieki górnej i dolną powiekę  delikatnie zaznaczam jasnym brązem, w wewnętrznej części ląduje foliowy złoty cień z MUR nakładany płaskim syntetycznym pędzelkiem. Do tego czarna, długa kreska i starannie wytuszowane rzęsy.


Usta ostatnio są u mnie ciągle matowe. Wyrysowane konturówką i wypełnione płynną pomadką. Kolory zmieniam praktycznie codziennie. Na zdjęciach widzicie pomadkę NYX Soft Matte Lip Cream w odcieniu San Paulo oraz konturówkę Golden Rose numer 521.

I właśnie w ten sposób wygląda ostatnio mój makijaż dzienny. Dajcie mi koniecznie znać jak Wy się ostatnio malujecie i ile czasu zajmuje Wam rano wykonanie makijażu ;)

2 lutego 2017

Najlepsze konturówki do ust, czyli seria Dream Lips marki Golden Rose | Recenzja + swatche 6 kolorów

Kiedyś konturówka do ust była dla mnie zbędnym gadżetem, który tak naprawdę mógłby dla mnie właściwie nie istnieć. Oczywiście zawsze miałam chociaż jedną w szufladzie, ale mówiąc krótko nie sięgałam po nią zbyt często. 

Znacznie później zaczęłam kombinować z konturówkami wypełniając nimi całe usta i najczęściej wybierałam te z marki Essence, bo były dość miękkie i przyjemne w aplikacji (teraz ich formuła uległa zmianie i są niestety okropnie suche, tępe i twarde).

Aktualnie na nowo odkrywam magię kredek do ust i nie wyobrażam sobie swojego makijażu bez obrysowania ich konturówką dopasowaną odcieniem do pomadki. Po pierwsze wygląda to o wiele bardziej estetycznie, po drugie pomadka nie wyleje się poza kontur, a po trzecie taką konturówką można delikatnie powiększyć swoje naturalne usta (niedługo post gdzie poruszę temat "powiększania" ust konturówką).

W koszyczku z konturówkami mam mieszankę różnych firm: Inglot, Essence, Catrice, Misslyn, Smashbox, Astor, Avon i właśnie Golden Rose (różne serie). I tak naprawdę szukając idealnego połączenia wysokiej jakości i przystępnej ceny najlepiej wypadają konturówki marki Golden Rose z serii Dream Lips. Kosztują jedynie 6,30 zł, a są niezwykle trwałe, masełkowate i przyjemnie się ich używa. No i kolory! Cała masa kolorów ;) 

Ja dzisiaj chcę zaprezentować Wam sześć konturówek, które posiadam właśnie z tej serii. To są odcienie po które sięgam najczęściej w swoim makijażu.

503

To neutralny ciemniejszy odcień nude, który w bardzo naturalny sposób zaznacza usta. Jest bardzo subtelny, a jednocześnie nie wymywa ust z twarzy. Bardzo lubię tą konturówkę w zestawieniu z płynną pomadką Golden Rose numer 13 lub pomadką z serii Vision numer 127.

504

Bardzo modny ostatnio brązowy odcień, ciemniejszy od poprzedniego. Jeśli nie mam pomysłu na jaki kolor ust postawić sięgam po tą konturówkę i wypełniam nią całe usta. Odcień jak najbardziej nadaje się na co dzień, ponieważ nie rzuca się mocno w oczy.

505

To mała odmiana od odcieni brązu. Według mnie to konturówka w odcieniu łososiowym, raczej ciepła i właśnie ze sporą nutą koloru pomarańczowego. Niesamowicie twarzowy kolor. Dopełnienie brzoskwiniowej lub koralowej pomadki.


510

Ciemniejszy kolor, dość ciężki do określenia. Dla mnie to brąz z dozą fioletu. Odcień chłodny, który w moim przypadku jest nieodłącznym elementem pomadki Million Dollar Lips numer 1.

515

Po prostu krwisto czerwona konturówka. Wiadoma sprawa - czerwona pomadka bez konturówki obejść się po prostu nie może. Odcień tej kredki jest niesamowicie głęboki i soczysty.

521

Typowy chłodny odcień różu. Bardzo kobiecy i pasujący wielu kobietom. Coś co perfekcyjnie zaznaczy kontur naszych ust, ale nie będzie rzucało się w oczy. Idealna propozycja dzienna.



W planach mam kolejne konturówki z tej serii, ale muszę przyznać, że na stoisku dość trudno jest się zdecydować na konkretne odcienie. Wybór tych kredek jest ogromny ;)