27 lutego 2020

Moja aktualna wishlista | Glamshop, Affect, Huda Beauty, Hakuro

Moja aktualna wishlista | Glamshop, Affect, Huda Beauty, Hakuro
Czy Wy też macie spisaną swoją listę kosmetycznych zachciewajek? Moja liczy sporo pozycji i ja co jakiś czas dzielę się z Wami swoimi planami zakupowymi na najbliższy czas. Takiego wpisu nie było już całkiem dawno i pomyślałam, że warto byłoby coś takiego napisać. 

Jeżeli jesteście ciekawe co mam zamiar kupić w wiosennych miesiącach to zapraszam Was na dalszą część tego wpisu :) ;)


1. Paletka cieni Huda Beauty Nude Light - no chodzi za mną ta paletka od dłuższego czasu. Właśnie wersja Light mocno mi podpasowała, ponieważ według mnie jej kolorystyka jest najciekawsza i niesamowicie kojarzy mi się z wiosną. Słyszałam, że te malutkie paletki mają dobrą jakość, więc tym bardziej czuję się skuszona ;)

2. Podkład Too Faced Peach Perfect - jestem ogromną fanką brzoskwiniowej serii tej firmy i te produkty super się u mnie sprawdzają. Mam już puder sypki, bazę pod makijaż i myślę, że z podkładu również będę zadowolona. W sieci ten produkt cieszy się bardzo dobrymi opiniami, więc jak na Sephorze wskoczy jakaś promka to pewnie w końcu go zamówię ;)

3. Pędzle Hakuro seria J - same przyznacie, że te pędzelki są piękne. Wszyscy chwalą ich genialną jakość, więc naprawdę chcę je mieć. Najbardziej interesują mnie te większe puszyste modele, ale chętnie zaopatrzę się też w kilka pędzli do oczu.

4. Paletka cieni Glamshop Morelowa - cały zamysł tej kolekcji bardzo mi się podoba. Do tej pory możemy kupić cztery opcje kolorystyczne i mi najbardziej wpadła w oko właśnie opcja Morelowa. Ładne są także Fiolety, ale jeszcze nie wiem czy kupię akurat tą paletę. Ogólnie szykuje się na większe zakupy w Glamshopie i lista zakupów tam jest naprawdę długa! ;))

5. Puder sypki Laura Mercier Translucent - jeden z kultowych produktów, który nigdy nie zawodzi. Miałam już ten puder i chciałabym do niego wrócić. Daje piękne satynowe wykończenie na skórze, a przy tym super utrwala makijaż. Kosztuje swoje, ale często są na niego promocje, więc jak pojawi się w Douglasie zniżka to na pewno go kupię.

6. Brązer w kremie Huda Beauty Tantour Contour Fair - nie wiem jak to się stało, ale zostałam totalnie bez produktów do kremowego konturowania. Przy makijażach wieczorowych bardzo mi takiego produktu brakuje i właśnie jestem na tropie jakiegoś fajnego kremowego brązera. O tym z Hudy słyszałam dużo dobrych opinii i myślę, że kupię właśnie ten.

7. Turbopigmenty Glamshop - one na pewno znajdą miejsce w zamówieniu z Glamshopu. Chcę dokupić jeszcze inne kolory i tym samym zacząć kompletować drugą paletę z tymi błyskotkami. Ja Turboty uwielbiam i uważam, że nie ma drugiego takiego produktu!

8. Kremowe cienie Stila Glitter & Glow - znam te cienie i są absolutnie piękne. Obecnie marzą mi się odcienie złote i brązowe np. kolor Kitten Karma albo Star Dust.

9. Brązer Affect - piękna jest ta kolekcja we współpracy z Pro Makeup Academy, a że ja uwielbiam brązery to jestem absolutnie zmuszona go kupić ;) A tak na serio to te brązery mają bardzo ładne odcienie i uważam, że po prostu warto mieć je w swojej kolekcji :)

Tak właśnie prezentują się moje plany zakupowe na wiosnę. Jestem bardzo ciekawa co Wy chcecie sobie kupić w najbliższym czasie. Podzielcie się swoimi chciejstwami w komentarzu :))

17 lutego 2020

Paleta Benefit CHEEKLEADERS MINI PINK SQUAT

Paleta Benefit CHEEKLEADERS MINI PINK SQUAT
Marka Benefit do tej pory była dla mnie zupełnie nieznana. O ile dobrze pamiętam to naprawdę nie miałam jeszcze żadnego produktu tej marki. Spokojnie wszystko jest do nadrobienia ;) Swoją przygodę rozpoczynam od paletki, która jest bohaterką tego wpisu - CHEEKLEADERS MINI PINK SQUAT. Kupiłam ją w świetnej cenie podczas noworocznych obniżek w Sephorze i zapłaciłam za nią jakieś 75 zł.

Pomyślałam, że warto ją kupić, ponieważ mamy w niej trzy kultowe produkty do twarzy w wersji miniaturowej i jest to świetna opcja aby rozeznać się co i jak ;)


Paletka jest niewielka, kartonowa - bardzo porządnie wykonana, mamy też lusterko. Forma podania tych produktów jest rewelacyjna. A w środku paletki mamy rozświetlający róż Galifornia, rozświetlacz Tickle oraz matowy róż Dandelion.


GALIFORNIA - jest cudownym koralowym różem ze złotą nutką, przepięknie wygląda na skórze i ożywia ją. Dodaje świeżości w każdym makijaż, bardzo często podbiera mi go moja mama, ponieważ jej też bardzo się spodobał.

TICKLE - jeden z nowszych produktów marki, piękny, intensywny rozświetlacz o różowo-złocistym odcieniu. I teraz tak: trzeba z nim uważać, bo jeśli nałożymy go za dużo to robi różowo-złoto-fioletowe smugi na policzkach. Przy delikatnej aplikacji wygląda ślicznie. U mnie najlepiej sprawdza się w formie różorozświetlacza - nakładam go na łączeniu obu kosmetyków. 

DANDELION - bardzo neutralny, matowy różowy róż. Pasuje do każdego makijażu. Mimo, że jest delikatny to naprawdę robi robotę.



Każdy z tych trzech pudrów bardzo łatwo transferuje się z pędzelka na skórę. Nie ma problemu z aplikacją, nie robią się plamy, a produkty można budować. Bardzo chętnie sięgam po tę paletkę i z przyjemnością używam. Stanowi też super element w moim kufrze ;) 


Jeśli jesteście fankami róży do policzków i  szukacie kompaktowego rozwiązania to dla paletka jest dla Was. Z tego co widzę wciąż możecie ją kupić na stronie Sephory, ale niestety już w standardowej cenie. 


15 lutego 2020

Wszystko o moim piercingu | Ból, gojenie, inspiracje i plany

Wszystko o moim piercingu | Ból, gojenie, inspiracje i plany
Napiszę dzisiaj o tym, czego większość z Was pewnie nie wie, a co jest nieodłączną częścią mnie ;) Otóż moje drogie jestem ogromną fanką kolczyków w uszach, uwielbiam piercing i naprawdę wiele typów przekłuć mi się podoba. Postanowiłam pokazać Wam jakie kolczyki już mam i jakie zamierzam jeszcze zrobić, a dodatkowo podzielę się inspiracjami z których sama korzystam.

Standardowe kolczyki w płatkach (lobe) zrobiłam w wieku 8 lat u kosmetyczki (o zgrozo!), oczywiście pistoletem - pamiętajcie żeby nie przekłuwać się pistoletem, a jedynie igłą u profesjonalnego piercera. Pistoletem miałam robioną jeszcze drugie przekłucie w płatku prawego ucha kilka lat później (second lobe, upper lobe).

I tak naprawdę z tymi trzema kolczykami chodziłam do kwietnia zeszłego roku, kiedy to po raz pierwszy wybrałam się do piercera. Zrobiłam wtedy helix w prawym uchu i kolejne przekłucie w płatku (third lobe, upper lobe) Swoją drogą z całego serca polecam Lidkę ze studia Midian u nas w Lublinie - super kobitka, rozmawia się z nią jak z dobrą koleżanką, stres zminimalizowany do minimum. 

Pod koniec zeszłego roku nabrałam ochoty na nowe kolczyki: tragus i daith. Miał być jeszcze forward helix, ale z nim narazie się wstrzymałam. Pod koniec stycznia w prawym uchu pojawił się tragus, a w lewym daith i drugi kolczyk w płatku, bo stwierdziłam, że lewe ucho jest dość puste.


Chciałabym też trochę opowiedzieć na temat samego gojenia i bólu podczas przekłuwania. Muszę jednak zaznaczyć, że w kwestii bólu nie będę zbyt obiektywna, ponieważ po pierwsze mam dość wysoki próg bólu, a po drugie wykonując kilka przekłuć na raz każde kolejne boli bardziej. Zaczyna się od tego bolesnego najmocniej i potem przechodzi się do tych bolących mniej, ale dla przykładu płatek przekłuwany w trzeciej kolejności bolał mnie tak samo jak daith ;) Także z tym naprawdę jest różnie.

LOBE, UPPER LOBE - czyli ogólnie kolczyki w płatkach. Mam porównanie do pistoletu i igły, więc śmiało stwierdzam, że ból jest mniejszy robiąc kolczyk igłą, a poza tym nie ma tego okropnego huku, który wydaje pistolet przy strzale kolczykiem. Nie pamiętam ile goiły mi się kolczyki robione pistoletem, ale te robione przez Lidkę goją się jakieś 6 tygodni (ten robiony pod koniec stycznia ma dopiero dwa i pół tygodnia) - bez żadnych problemów po drodze. W skali 1-10 ból przy robieniu kolczyków oceniam na 2/10.


HELIX - kolczyk w chrząstce w górnej części ucha. Mój goił się bardzo długo, bo około 6-7 miesięcy. Samo przekłuwanie dość bolesne, ale zdecydowanie do przeżycia - nic nadzwyczajnego. Trzeba liczyć się z tym, że można ten kolczyk zaczepiać włosami i należy na to uważać. Ból: 3/10.

TRAGUS - kolejne przekłucie w chrząstce, robi się go w tej wystającej od twarzy części ucha. Nie powiem Wam jeszcze ile czasu trwa gojenie, bo mój jest dość świeży, ale podejrzewam, że znowu około pół roku. Przekłucie boli bardziej niż helix, ale nie znacznie. Miejsce przekłucia jest dość ciężko dostępne jeśli chodzi o czyszczenie i pielęgnację, ale można się tego nauczyć albo poprosić kogoś o pomoc. Ból: 4/10.

DAITH - czyli mój wymarzony kolczyk w miejscu gdzie chrząstka się zawija w centralnej części ucha. Co ciekawe nie u każdego można taki kolczyk wykonać, ponieważ trzeba mieć do niego odpowiednią budowę ucha. Mam w nim założoną podkówkę, jego pielęgnacja jest mega prosta i mimo, że nie widzę w lustrze miejsca przekłucia to nie mam problemu żeby je umyć. Przekłucie bolało tak naprawdę porządnie! Ból: 7/10. 

Plany na dalsze kolczyki oczywiście jeszcze są. Na pewno pojawi się jeszcze forward helix i inner conch. Jeszcze nie zdecydowałam ile i w jakiej konfiguracji, ale spokojnie narazie poczekam aż wygoją mi się te niedawno zrobione, a kolejne pojawią się pewnie jesienią ;)

Zostawiam Was jeszcze z garścią inspiracji na piercing uszu. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Pinteresta, czyli jedyną w swoim rodzaju kopalnią inspiracji. 


Jestem ogromnie ciekawa co ogólnie sądzicie o piercingu i czy macie jakieś kolczyki w uszach poza tymi standardowymi, oczywiście ;)

9 lutego 2020

Moja kolekcja Turbo Pigmentów i Turbo Plusów | Glamshop

Moja kolekcja Turbo Pigmentów i Turbo Plusów | Glamshop
Wiem, że o Turbotach z Glamshopu zostało już powiedziane wszystko i tak naprawdę to nie mam nic w tej kwestii do dodania. W licznych wiadomościach prosicie jednak o to, abym pokazała Wam swoją kolekcję pigmentów. Z racji, że mam ich całą szufladę i ciężko byłoby zmieścić to wszystko w jednym wpisie postanowiłam na początku pokazać Wam właśnie zbiór moich Turbotów. Zaliczę przy tym małą wtopę, ponieważ paleta, którą dzisiaj zaprezentuję jest wybrakowana o jeden cień, a to wszystko przez to, że źle policzyłam cienie w ostatnim zamówieniu. Ale spokojnie, już niebawem złożę kolejne zamówienie w Glamshopie i zacznę kompletować kolejną paletę ;)


Ja uwielbiam Turbo Pigmenty. Są wyjątkowe, piękne, nieziemsko błyszczące i przenoszą makijaż na wyższy poziom. Te produkty powinny być naszą dumą narodową! Mam też dwa Turbo Plusy, które są również piękne, ale praca z nimi jest cięższa - to sprasowany brokat w różnych odcieniach i tutaj konieczne jest użycie kleju pod brokaty, bo w innym przypadku ten cień się osypie.



Swój zbiór przechowuje w magnetycznej palecie Blend It! w kolorze fioletowym i bardzo Wam takie rozwiązanie polecam. W tej palecie mieści się aż 24 cienie.

Teraz przejdę do prezentacji poszczególnych kolorów, które posiadam:

TURBO GLOW:
DIAMENTOWY - jego nazwa idealnie odzwierciedla ten odcień, przepięknie mieniący się diamentowy cień


TOP NUDE - beżowo-złoto-łososiowy odcień dający niesamowicie mokre wykończenie


ZŁOTÓWKA - piękne jasne złoto z miodowymi drobinkami


TURBO KARAT - ten kolor określiłabym jako prawdziwie prawdziwe złoto


HERBARZ - miedziano-pomarańczowy cień ze złotą drobiną


BELLA - przepiękny brzoskwiniowy kolor ze złotą drobiną


WINO MUSUJĄCE - połączenie miedzi z czerwienią ze złotym duochromem


LALA - lilaróż opalizujący na turkus


TURBO CUKIEREK - różyk opalizujący na jasne złoto i zieleń


KOLIBER - fiolet z różową i fioletowo-niebieską drobiną


UTOPIA -brudny odcień fioletu, ma w sobie coś z odcienia mauve


STERYD - połączenie brązu, fioletu i wina, jest absolutnie piękny


ZORZA - niebiesko-fioletowy odcień ze złotą drobiną


TIUL - fioletowo-miętowy duochrome z lawendową drobiną


ASTEROID - brązowo-fioletowa baza ze złotym połyskiem


LASER - fioletowa baza z zieloną drobiną


TURBO MIĘTA - mega intensywna mięta


LAGUNA - przepiękny turkus opalizujący na złoto


DEBEŚCIAK - niespotykany odcień niebieskiego, opalizujący na fiolet oraz turkus


POŚWIATA - bezbarwna baza opalizująca na różowo z różową drobiną


FIGOWIEC - fiolet opalizujący na niebiesko


TURBO PLUSY:
WIRUS - bezbarwna baza z zielonymi holo drobinkami


SZTOS - rdzawa baza z zielonymi holo drobinkami


Mam dla Was jeszcze taką planszę ze wszystkimi Turbo Pigmentami. Nie jest opisana, ale kolory idą po kolei rządkami od lewej do prawej strony według kolejności w poście.



I tak właśnie wygląda mój zbiór tych cacek z Glamshopu. W planach oczywiście mam kolejne odcienie, bo te produkty naprawdę uzależniają! Czekam na efekty współpracy z MsDoncellitą i pewnie jak pojawią się jej rzeczy to zrobię większe zakupy :)


Dajcie znać czy macie Turbo Pigmenty od Hani i jakie są Wasze ulubione kolory :)

7 lutego 2020

TOP 3 Najpiękniejsze czerwone pomadki | Półka drogeryjna

TOP 3 Najpiękniejsze czerwone pomadki | Półka drogeryjna
Luty miesiącem zakochanych! Wiele z Was będzie pewnie szukało dla siebie idealnej czerwonej pomadki, która przetrwa ogniste pocałunki, więc dzisiaj przychodzę z trzema propozycjami drogeryjnymi najpiękniejszych czerwieni w mojej kolekcji. 

Każda z pomadek, którą dzisiaj zobaczycie jest niezwykle intensywną czerwienią o chłodnym podtonie, który pozytywnie wpłynie na biel zębów. 


Pierwszą pomadką jest klasyka gatunku czyli Golden Rose Lonstay Liquid Matte Lipstick w numerze 18. Chyba każda z nas miała chociaż jedną pomadkę z tej serii i wiecie, że są one dobrej jakości. Ja ten konkretny kolor poznałam dzięki Karolinie Zientek podczas jej warsztatów dla marki Golden Rose. Dostałyśmy ją również w boxach upominkowych. Pamiętam jak Karolina powiedziała, że ta pomadka to taka idealna czerwień. Faktycznie, jest przepiękna i od tamtej pory ciągle mam ją w swojej kolekcji - przeszłam przez kilka opakowań tej pomadki. Bardzo nasycona, kremowa i trwała. 

Kolejną piękną czerwienią jest Wet'n'Wild Mega Liquid Catsuit w odcieniu Missy and Fierce. Ultra nasycona, głęboka czerwień z prawdziwego zdarzenia. Przepięknie wygląda na ustach, dwie cienkie warstwy tej pomadki dają całkowite pokrycie ust.


Ostatnia pomadka to również bardzo dobrze wszystkim znana Maybelline Super Stay Matte Ink. Jedni kochają te pomadki, drudzy nienawidzą - ja jestem mniej więcej po środku (napiszę o tym nieco więcej w osobnym wpisie). Nie można jednak zaprzeczyć, że odcień 20 Pioneer jest absolutnie cudowną czerwienią. Spośród całej trójki, którą dzisiaj tutaj zobaczycie jest najbardziej chłodna i najbardziej krwista. Ma też troszkę inne wykończenie od pozostałych, ponieważ dwie poprzednie są klasyczną matową pomadką, a ta ma satynowe wykończenie. 


Uważam, że każda z tych trzech pomadek jest absolutnie piękna i tylko od Was zależy, którą dla siebie wybierzecie. Ich ceny są do siebie bardzo zbliżone - kosztują około 20 zł.  

A może już macie swoją ulubioną czerwoną pomadkę? Jeśli tak to podzielcie się marką i nazwą w komentarzu :))

3 lutego 2020

Ulubieńcy stycznia 2020

Ulubieńcy stycznia 2020
I pyk! Styczeń za nami. Mi zawsze pierwszy miesiąc nowego roku mija bardzo szybko i wiem, że przynajmniej przez kilka ostatnich lat wynika to po prostu z ogromnej ilości nauki do egzaminów w sesji ;) No taka jest niestety studencka rzeczywistość. Ale dzisiaj nie o tym, nie o sesji i o studiach, a o czymś znacznie przyjemniejszym - o kosmetycznych ulubieńców. Pora na podsumowanie tych 31 dni :)

W styczniu miałam takich ulubieńców, że AH! Nie mogę się doczekać aż podzielę się nimi z Wami :)


Przez cały miesiąc, no może z wyłączeniem kilku dni, katowałam podkład Eveline Selfie Time w odcieniu 01 Porcelain. Na początku byłam do niego sceptycznie nastawiona, bo do youtuberek poszły paczki PR i ten podkład był wszędzie wychwalany - same wiecie jak to jest. Ale kupiłam go w końcu, bo po pierwsze spodobał mi się ten kolor, a po drugie konsystencja przypominała mi podkład z Rimmela Lasting Finish w tubce, który kiedyś bardzo lubiłam. I słuchajcie, ten podkład Eveline jest przekozacki. Bardzo lekki i kremowy, a jego krycie jest średnie plus i można go budować do pełnego. Wykończenie jest takie jak lubię - naturalne, gumowe, skóra wygląda naprawdę świeżo i promiennie. Na mojej cerze trwałość jest rewelacyjna, w ciągu dnia nie wymaga żadnych poprawek. Utrwalam go swoją pudrową mieszanką na bazie pudru Air Spun i jestem zachwycona. Koniecznie zerknijcie na niego w Rossmannie, cena 18 zł naprawdę zachęca do zakupu - obiecuję, że nie będziecie żałować :)

Kolejnym ulubieńcem stycznia będzie korektor, czyli kosmetyk przez którego mój makijaż i żaden, który wykonuję na kimś nie funkcjonuje. Pod koniec roku w końcu zdecydowałam się na zakup korektora Too Faced Born This Way MULTI-WAY SCULPTING CONCEALER, wybrałam dla siebie odcień Almond i jest on dla mnie idealny. Nie rozjaśnia mi przestrzeni pod okiem, ale pięknie łączy się z tym podkładem od Eveline i ta kombinacja wygląda razem świetnie. I chyba muszę napisać, że korektor Too Faced zdetronizował inne moje ulubione korektory i aktualnie plasuje się na pierwszym miejscu. Jego krycie jest pełne, a wystarczy dosłownie odrobinka żeby pokryć przestrzeń pod okiem i powiekę. Nie wygląda sucho, nie wchodzi w załamania i dobrze się rozprowadza. Jestem nastawiona na zakup jeszcze co najmniej dwóch odcieni - jednego jaśniejszego i jednego ciemniejszego do konturowania na mokro. Myślę, że jego konsystencja świetnie się do tego sprawdzi.


Do ulubieńców stycznia zalicza się także wypiekany brązer Golden Rose Mineral Terracotta Powder w odcieniu 04, o którym na pewno nie raz już słyszałyście, ponieważ przewija się on u wielu dziewczyn. Jest to naprawdę rewelacyjny złocisty puder służący do przybrązowienia cery. Mnie do jego zakupu ostatecznie przekonała Nina Gospodarek podczas szkolenia. Efekt jaki daje idealnie wpisuje się w nowoczesne pojęcie makijażu gdzie króluje świeża, świetlista skóra.



Produktem do którego z miłą chęcią powróciłam jest rozświetlacz The Balm Mary Lou. To mój pierwszy rozświetlacz ever, ten egzemplarz ma równo 7 lat i oczywiście nie używam go na klientkach, ale sama z przyjemnością po niego sięgam. Wciąż lubię go tak samo jak wtedy gdy używałam go po raz pierwszy. W porównaniu do rozświetlaczy, które możemy kupić obecnie wypada odrobinę słabiej, ale wciąż jest to piękny szampański rozświetlacz.


Niemałym zaskoczeniem okazał się dla mnie tusz Too Faced Damn Girl! Na samym początku go nienawidziłam. Wszystko przez ogromną szczotkę, którą ciągle nie mogłam domalować krótszych rzęs, a powieki po użyciu tego tuszu wyglądały jak z niedorobionym smoky eyes... Po około tygodniu jak tusz lekko zgęstniał pojawiła się wielka miłość! Do szczoteczki szybko się przyzwyczaiłam, a efekt jaki ta mascara daje jest po prostu nieziemski. Skoro koleżanki mnie pytają jakie mam na sobie rzęsy to musi być naprawdę dobrze. Takiego zagęszczenia, przyciemnienia i pogrubienia rzęs dawno nie widziałam. Rewelacja!


Postanowiłam także odkopać paletę Zoeva Cocoa Blend i znowu zaczęłam jej używać. Kilka lat wstecz była to jedna z bardziej pożądanych palet wśród kobiet kochających makijaż. Dzisiaj jest to wciąż dobra paleta i naprawdę miło było do niej wrócić. Poruszałam się tak naprawdę w obrębie kilku odcieni. Mój makijaż w styczniu nie był za bardzo szalony. Brązik, beż, jakaś błyskota i to tyle jeśli chodzi o cienie ;)



Na powiece poza cieniami w styczniu często gościła kreska. Czarna, klasyczna, lekko wyciągnięta. Taka, która pięknie oko podkreśla i wydłuża. Od kilku dobrych miesięcy do malowania używam eyelinera Triton z kolekcji Katosu dla Wibo. Super precyzyjne i bardzo łatwe w obsłudze narzędzie.


Mam też kilka ulubionych produktów do ust, które królowały u mnie w styczniu. Jest to m. in. duo w postaci konturówki Essence w odcieniu Big Proposal i matowa pomadka Wibo Mood w beżowym odcieniu. Ten zestaw jest moim ulubionym na co dzień. Pięknie podkreśla usta i jest ultratrwały. Drugim ulubieńcem jest błyszczyk Eveline z chilli, który poleca ciągle Maxineczka. I nie, nie uzyskamy nim powiększenia ust. Jedyne co ten błyszczyk robi to mega piecze, mrowi i pobudza krążenie. Usta są pełne i soczyste, dodatkowo daje na ustach efekt mokrej tafli. I ostatnim ulubieńcem jest maska do ust Laneige, która ratuje nawet najbardziej suche i spierzchnięte wargi. Dostałam ją w prezencie na święta i od tamtej pory używam codziennie. Problem suchych skórek i przesuszenia zniknął.



I to już wszyscy moi styczniowi ulubieńcy, o których chciałam Wam napisać. W lutym mam nadzieję, że też poznam garść perełek, chociaż przyznam, że aktualnie zależy mi na wykorzystaniu moich kosmetycznych zapasów tak aby móc odświeżyć swoją kolekcję kosmetyków.
Copyright © majmejkap , Blogger