13 listopada 2020

Ulubieńcy października | Kwarantanna i koronawirus

Ulubieńcy października | Kwarantanna i koronawirus

Naprawdę cieszę się, że już minął październik i zostało już tylko niecałe dwa miesiące tego fatalnego roku. Nie ukrywam, że czuję się przytłoczona całą tą sytuacją, która ma aktualnie miejsce. A październik i początek listopada napełnił mnie smutkiem i masą obaw po sam korek. Stresujący był powrót na uczelnię, która nie do końca była bezpieczna i odpowiednio przygotowana na tłumy studentów. Po cichu liczyliśmy, że ktoś się zlituje i w końcu będą zajęcia zdalne. Kolejne nowe obostrzenia, wyrok TK, wiadomość, że osoba w kręgu znajomych mojej mamy zmarła na covid i na sam koniec jeszcze my trafiliśmy na kwarantannę. Mamy koronawirusa. No powiem Wam, że trochę to wszystko jest mało optymistyczne i w tym momencie ciężko jest coś planować i wybiegać w przyszłość. Pomijam fakt, że do połowy listopada miałam urlop i zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam, ale mniejsza o to. Jestem zamknięta w domu praktycznie do końca miesiąca.

Staram się wyrwać z tej smutnej spirali jak tylko mogę, wykorzystuję jesień na czytanie książek, naukę i pisanie pracy magisterskiej. Robię rzeczy, dzięki którym się rozwijam, a oprócz tego pracuję jeszcze nad całkiem ciekawym projektem ;)

A dzisiaj w ramach odskoczni zapraszam Was na ulubieńców poprzedniego miesiąca. Tym razem poza kosmetykami do makijażu mam też kilka smaczków pielęgnacyjnych, więc jeśli jesteście ciekawe co tam u mnie kosmetycznie słychać to zapraszam do dalszej części tego wpisu ;)

Zacznę sobie od kosmetyków pielęgnacyjnych, a potem przejdziemy do makijażu. 

Pierwszym moim ulubieńcem jest serum rewitalizujące marki Miya, które zamówiłam podczas ostatniej promocji na ich stronie. Wybrałam wersję mniejszą, czyli ten słoiczek o pojemności 15 ml. Nie miałam wcześniej produktu, który w słoiczku byłby gęsty, a po aplikacji na skórę zamieniał się w olejek. Używam tego serum pod oczy i na policzki oraz w okolicy ust. Genialnie odżywia skórę. Rano po przebudzeniu jest mięciutka i gładka, gotowa na makijaż.

Produktem extra w mojej pielęgnacji jest też kwas hialuronowy 3%, mój akurat pochodzi z marki Hello Beauty. Używam go codziennie wieczorem, dodając niewielką ilość do mojego kremu i muszę przyznać, że naprawdę widzę różnicę. Ciężko jest mi to opisać, ale moja skóra jest jakby gęstsza, pełna i mocno nawilżona. Naprawdę, aktualnie jestem mega zadowolona ze stanu swojej cery. Uważam, że kwas hialuronowy jest składnikiem must have w codziennej pielęgnacji skóry! Ogromnie polecam Wam się nim zainteresować. 


Przechodząc do makijażu muszę oczywiście napisać o nowym podkładzie Wet'n'Wild, o którym pisałam Wam w październiku. Jestem nim absolutnie zachwycona i jak najbardziej zasługuje on na miano ulubieńca. Wszystko co chciałybyście o nim wiedzieć znajdziecie w tym wpisie. Żeby już się tak nie powtarzać to napiszę tylko, że jest to całkiem dobrze kryjący podkład, o pięknym, świetlistym wykończeniu, który nosi się po prostu idealnie. Marzenie dla cery suchej i normalnej.

Kolejnym moim ulubieńcem jest sypki puder Air Spun, którego recenzja w końcu pojawiła się na blogu, właśnie w październiku. Będę to stale podkreślać, że jest to najlepszy puder i to nie tylko jeśli chodzi o średnią półkę cenową, ale w ogóle. Dla mnie plasuje się on odrobinkę wyżej niż Laura Mercier i biorę to na klatę :D Idealnie utrwala i wygładza skórę, dla mnie to taki fotoshop w pudrze. U mnie to stały bywalec w toaletce.

Jeśli mnie znacie to na pewno wiecie, że uwielbiam mieszać ze sobą kosmetyki. Po co nakładać jeden brązer skoro można użyć dwóch lub nawet trzech różnych i osiągnąć rewelacyjny efekt na skórze? No właśnie ;) I ja w październiku mieszałam dwa różne! Najpierw sięgałam po brązer Tropikal Kiss od My Secret żeby ładnie wymodelować buzię, a potem dodawałam odrobinę ciepełka w postaci Butter Bronzera od Physicans Formula. Ten duet, a właściwie to trio, bo w My Secret mamy dwa odcienie, wygląda na skórze przepięknie. Oba kosmetyki są u mnie naprawdę mocno eksploatowane i widać to po zużyciu, bo w Butter Bronzerze mam już denko, a Tropical Kiss z okrąglutkiego wypiekanego pudru stał się już zupełnie płaski.

Mam jeszcze dwa produkty do oczu. Po pierwsze rewelacyjny eyeliner w pisaku od Eveline, który zastąpił mi mojego ulubieńca od Wibo we współpracy z Katosu. Ten z Eveline jest tak samo dobry i przesiadka z tamtego na ten nie zrobiła mi żadnej różnicy. Kreseczki malują się same, są ostre jak brzytwa i idealnie czarne. Bardzo Wam go polecam, chociaż wydaje mi się, że jestem ostatnią osobą, która go testuje :P

Drugim ulubieńcem jest tusz do rzęs L'Oreal Volume Million Lashes. Uwielbiam ostatnio ten kosmetyk, bo robi z rzęs firanki. To, że są teraz takie długie to w głównej mierze zasługa odżywki, której używam, ale to dopiero dobry tusz wyciąga z nich 100%, a w tym przypadku to nawet i 200%. Ogólnie jestem ogromną fanką mascar tej marki i uważam, że jest wiele propozycji godnych uwagi. Kto pamięta jak uwielbiałam tusz VML So Couture? :D 

I to już wszystko jeśli chodzi o ulubieńców. Napiszcie mi koniecznie co sprawdziło się u Was i proszę powiedzcie, że nie tylko ja mam dość roku 2020... Ciekawe czym jeszcze zaskoczy  Nie, cofam to, nie jestem ciekawa...

27 października 2020

Recenzja podkładu Wet'n'Wild Photofocus Dewy Lumineux | Podkład rozświetlający

Recenzja podkładu Wet'n'Wild Photofocus Dewy Lumineux | Podkład rozświetlający

Po kilku tygodniach testów jestem gotowa do napisania recenzji nowego podkładu Wet'n'Wild Photofocus Dewy Lumineux, czyli całkiem nowej propozycji tej marki - podkładu rozświetlającego. Sądząc po statystykach - szukacie jego recenzji, bo ta poprzednia, klasycznego podkładu jest aktualnie jednym z najbardziej popularnych wpisów. Ostatnio mówiła o nim Maxineczka, a ja mam go już całkiem długo i też w końcu chcę podzielić się przemyśleniami na jego temat. 

Ogólnie sprawa wygląda tak, że podkład kosztuje 30 złotych, kupicie go w Rossmannie, a opakowanie jest praktycznie identyczne jak wersji klasycznej - różnica polega na tym, że producent zabrał nam 2 ml produktu i podkład ma 28 ml pojemności ;) Buteleczka jest szklana z czarną zakrętką, a aplikatorem jest łopatka. 

Zapach tej wersji różni się od poprzedniej i według mnie jest nieco przyjemniejszy i delikatniejszy. Ulatnia się natomiast w momencie aplikacji, zatem nie powinien nikomu przeszkadzać. 

Konsystencja podkładu jest dość płynna, lekko wodnista i taka mokra. Przypomina mi niegdyś popularne podkłady w kropelkach (najbardziej to Gosh Foundation Drops). Nic nie wskazywałoby na to, że ten podkład ma jakiekolwiek krycie, bo z reguły tego typu formuły to jakieś lekkie podkłady. Ten natomiast ma krycie i ja określiłabym je jako naprawdę porządne. Jedna cienka warstwa wyrównuje kolor w 80%, wystarczy dołożyć niewielką ilość aby praktycznie całkowicie zakryć wszelkie niedoskonałości. 

Prawdą jest, że to podkład rozświetlający, bo po aplikacji skóra bardzo się błyszczy. Wygląda to przepięknie, mega naturalnie i ta skóra jest taka świeża. Efekt glow pozostaje nawet po przypudrowaniu tego podkładu. 

Na zdjęciach widzicie moją skórę bez makijażu (1), podkład nałożony gąbką bez przypudrowania (2), kompletny makijaż twarzy z pudrem i konturowaniem (3).

Testowałam go z kilkoma różnymi bazami, korektorami oraz pudrami i z żadnym nie zauważyłam żeby ten podkład miał jakiekolwiek problemy. Na twarzy wygląda bardzo ładnie, jest trwały, ale w ciągu dnia delikatnie się wyświeca - wystarczy odcisnąć nadmiar sebum i na nowo można cieszyć się świeżym makijażem. 

Jeśli mam być szczera to podchodziłam do niego dość sceptycznie, mimo, że lubię rozświetlające podkłady. Obawiałam się, że to nie będzie udana propozycja i, że po świetnym matowym podkładzie wypuścili "ulepszoną" i "zmienioną" formułę podkładu rozświetlającego. Cieszę się, że moje przypuszczenia się nie potwierdziły ;)

To, co nie do końca mnie przekonuje to jego odcień. W ciemno wzięłam Soft Beige i jest on taki troszkę dziwny. Niby jasny, ale na skórze delikatnie ciemnieje i ma pomarańczowo-różowe tony. Muszę rozejrzeć się za czymś bardziej dopasowanym do mojej karnacji, a ten będę mieszać z mixerami lub innymi podkładami.

Podsumowując jestem naprawdę pod wrażeniem właściwości tego podkładu. Jest lekki na skórze, wygląda przepięknie, super krycie i trwałość. Tak, serio to poza nietrafionym odcieniem nie mam się do czego przyczepić. Tak, więc bardzo gorąco polecam Wam go przetestować ;))

23 października 2020

Kosmetyczne hity sprzed lat | Czy ktoś je jeszcze pamięta? | Sleek, Essence, The Balm, Astor, Rimmel i inne

Kosmetyczne hity sprzed lat | Czy ktoś je jeszcze pamięta? | Sleek, Essence, The Balm, Astor, Rimmel i inne

Cześć wszystkim. Dzisiejszy post będzie dość nietypowy, do tej pory nic w tym stylu nie pojawiało się na moim blogu. Wpis będzie dotyczył kosmetycznych hitów sprzed lat, które kiedyś były wielkim bum, każdy je miał, chciał, używał i pragnął. Kilka propozycji wyszło od Was na moim Instagramie kiedy to zostawiłam okienko na odpowiedzi.

Przygotowując ten wpis przejrzałam archiwum swojego bloga, ale też przejrzałam masę filmów na YT i powiem Wam, że mega fajnie tak cofnąć się kilka lat wstecz. Dzisiaj część produktów jest już wycofana ze sprzedaży, część ma zmienione formuły, a inne pozostały w formie niezmienionej. 

Zapraszam Was zatem na szybki przegląd kosmetyków, których kilka lat wstecz wszystkie używałyśmy! ;)

1. Paletki Sleek - nie mogłam zacząć od czegoś innego niż od tych palet. Kultowe, w dobrej cenie, w topowych kolorach! Perły Sleeka były ultra intensywne, a maty mięciutkie i kremowe w dotyku. Sama miałam kilka tych palet i pamiętam jak serce biło mocniej kiedy pojawiały się nowe. Kiedyś chciałam mieć je wszystkie!

2. Paletka korektorów Catrice - swego czasu miała swoje 5 minut na moim blogu, jest też gdzieś jej recenzja. Pamiętam, że bardzo ją lubiłam i podobała mi się forma opakowania. Kilka odcieni w jednym pudełeczku wydawało mi się takie bardzo profesjonalne... ;)

3. Pomadki Wibo Eliksir - to był hit! Te pomadki były genialne. Ich opakowanie lubiło się połamać, ale formuła tych pomadek była uwielbiana przez kobiety. Miały bardzo ładne kolory i były mocno kremowe. Nie miały nic wspólnego z obecnie królującymi pomadkami matowymi. Kosztowały niecałe 10 zł, a na promocji w Rossmannie wychodziły po 4 z groszami.

4. Tusz Lovely Curling Pump Up - kiedyś był to mój ulubiony tusz na świecie i nie wyobrażałam sobie go nie używać. Wiem, że wiele z Was do dzisiaj go uwielbia. Moja przygoda z tym tuszem zakończyła się kilka lat temu, ale nie miałabym problemu z powrotem do niego, bo dawał rewelacyjny efekt.

5. Żelowy podkład Rimmela - ja go uwielbiałam, był genialny i pamiętam jak podkradałam go mamie i siostrze. Wszystkie ubolewałyśmy kiedy go wycofali i szczerze mówiąc, że wspominam ten podkład do dzisiaj i jakby nie ogarniam dlaczego zniknął z oferty. Jego zapach był przepiękny i ta wyjątkowa żelowa konsystencja :)



6. Żelowy eyeliner Essence - ja miałam kolor butelkowej zieleni i uwielbiałam go. Oczywiście miałam też pędzelek skośny Essence i to nim malowałam swoje pierwsze kreski. Wiem, że ten eyeliner był hitem i wiele osób ubolewało gdy marka go wycofała.

7. Pędzelek Essence - kuleczka, którą miałam w kilku egzemplarzach. Na start był to całkiem dobry pędzelek. 

8. Cień Catrice 420 Talk Like An Egytpian - to był taki piękny drobinkowy cień, coś na wzór aktualnych turbopigmentów. Taka złota perełeczka wśród produktów drogeryjnych. Pamiętam, że polecała go Katosu.

9. Puder sypki Essence - to był bardzo matujący puder uwielbiany przez masę dziewczyn. Ja kończyłam jedno opakowanie i kolejne już leżało w szufladzie. Wracałam do niego kilkukrotnie.

10. Balsamy EOS - kiedyś był na nie prawdziwy szał i każdy chciał mieć swoje jajeczko. Potem podobne balsamy wypuszczały inne marki, starając się dorównać oryginałowi. Ja pamiętam, że miałam ciemnoróżową wersję tego jajeczka i zakrętka dostała się w zęby mojego psiaka :P

11. Korektor Bell BB w pędzelku - kochałam ten korektor! Był mało wydajny, ale zupełnie mnie to nie zrażało. Był tak kremowy, tak mocno kryjący i lekki zarazem, że szok. Swego czasu można było go kupić w Naturze, a potem to już tylko w sieci. Obecnie jest już chyba wycofany.

12. Korektor Collection - no kto nie miał tego korektora? Kilka lat temu to był chyba jedyny tak tani i dobrze kryjący korektor. Ja, pewnie jak większość z Was, zawsze kupowałam je na Allegro. U mnie super też sprawdzał się jako baza pod cienie.

13. Błyszczyki Essence Stay With Me - pamiętam że miałam odcień Milkshake, a Red Lipstick Monster nagrywała o tych błyszczykach jakiś film. One były mega gęste i bardzo długo siedziały na ustach. I aplikator miały taki śmieszny w formie pałeczki. 

14. Podkład Astor Perfect Stay 24H - w ogóle co stało się z tą marką? Nie ma jej już stacjonarnie w drogeriach i jak w sumie nie za bardzo widziałam w jej ofercie kosmetyki dla siebie, tak ten podkład był rewelacyjny. Kremowy, nawilżający i super kryjący.

15. Paletki Iconic Makeup Revolution - pamiętacie jak ta marka szturmem weszła na rynek i zalała nas produktami inspirowanymi wysokopółkowymi kosmetykami? Tak było z tymi paletkami, ale też cieniami foliowymi itd. Ja miałam wersję Iconic 3 i lubiłam tą  paletkę, ale pozbyłam się jej niedługo po zakupie. Pigmentacja cieni pozostawiała sporo do życzenia, chociaż zestawienie kolorystyczne było bardzo ładne.

16. Baza pod cienie Avon - moja pierwsza baza pod cienie jaką miałam. Nawet kiedyś nagrałam filmik z jej recenzją, który hulał na YT :P Nie martwcie się już dawno zniknął. Tak czy inaczej dużo osób ją polecało i ja także byłam w tym gronie.

17. Puder Ben Nye Banana - ten puder jest świetny do dzisiaj i wiele wizażystek ceni go w swojej pracy. Ja również przeszłam przez jeden taki giga słoik tego pudru i z miłą chęcią bym do niego wróciła ;)

18. Paleta The Balm Meet Matte Nude - jedna z tych palet, o której huczał cały urodowy światek, bo to była jedna z pierwszych palet w całości z matowymi cieniami dobrej jakości. Cienie były ogromne, paleta miała też duże lusterko i tak naprawdę wciąż możecie ją kupić. 

19. Rozświetlacz The Balm - przyznać się kto miał Mary Lou? Ja swój egzemplarz mam wciąż i to już od ponad 7 lat! Nie używam jej na klientkach, a jedynie na sobie i to bardzo, bardzo rzadko, bo mam do tego produktu ogromny sentyment. 

20. Pomadki Nyx Soft Matte Lip Cream - musowe, matowe i komfortowe pomadki. Pamiętam jak otwierał się internetowy sklep Nyxa i złożyłam w nim swoje pierwsze zamówienie. Te pomadki bardzo lubiłam i uważam, że są one naprawdę bardzo dobre.

21. Pędzel Hakuro H50S - flat top do podkładu w tej mniejszej wersji. Wersja klasyczna była większa, a ten maluch pojawił się trochę później. Pędzel, który był polecany wszędzie. Ja swój zamawiałam na stronie ladymakeup ;) 

I to wszystko co chciałam Wam dzisiaj pokazać. Na pewno nie pokazałam Wam wszystkich hitów z ubiegłych lat, bo już w tym momencie przypomniało mi się o podkładzie Revlon i farbkach do ust ze Sleeka, więc tych kosmetyków jest cała masa ;)

Napiszcie mi koniecznie jakie jeszcze kosmetyki były używane te 5, 10 czy 15 lat temu :) Chętnie poczytam Wasze komentarze! 

11 października 2020

Moje 4 ulubione rozświetlacze o mokrym wykończeniu | Rozświetlaczowa rewolucja!

Moje 4 ulubione rozświetlacze o mokrym wykończeniu | Rozświetlaczowa rewolucja!

Odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu marki kosmetyczne udoskonalają formuły rozświetlaczy. Odchodzi się aktualnie od mocno pudrowych produktów tego typu. Obecnie coraz więcej produktów ma jeszcze bardziej świetliste i mokre wykończenie niż do tej pory. 

I ja też aktualnie szukam takich ultra błyszczących, mokrych wręcz, rozświetlaczy, które na skórze pozostawiają błyszczącą łunę, ale bez tej pudrowej bazy - kurczę nie wiem jak to ubrać w słowa, ale postaram się to w dzisiejszym wpisie zaprezentować najlepiej jak potrafię ;) A tak w ogóle to pokażę Wam moją świętą czwórcę ;) rozświetlaczy. Każdy z nich daje efekt, o którym wcześniej wspomniałam. 



Teraz w końcu mogę przejść do moich aktualnie ulubionych rozświetlaczy. 

GLAMSHOP X MSDONCELLITA TURBOHAJLAJT

W całym dzisiejszym zestawieniu ten rozświetlacz jest tym najmocniejszym. Ma przepiękny jasny, szampański odcień. Jego formuła jest taka jaką znamy z innych turborozświetlaczy z Glamshopu. Ja bardzo ją lubię i uważam, że to właśnie ona jest odpowiedzialna za ten efekt mokrej skóry. Mój egzemplarz jest już dość mocno wyeksploatowany, bo naprawdę lubię po niego sięgać. Nie spotkałam się do tej pory z tak intensywnym błyskiem ;) Istotną informacją w jego przypadku jest fakt, że sprawdzi się on nawet przy ekstremalnie bladych karnacjach.



I HEART REVOLUTION GLOWING HEARTS GODDESS OF FAITH

To serduszko nie tak dawno znalazłam w drogerii Natura. Dotykając testera moje serce zabiło mocniej. To jest naprawdę genialny, wypiekany rozświetlacz o złoto-brzoskiwniowo-różowym odcieniu. Mimo, że ma w sobie delikatnie chłodną nutę to ja go uwielbiam, a zwykle takich rozświetlaczy nie kupuję. 



PAESE WONDER GLOW 

Ten rozświetlacz w zeszłym roku robił ogromną furrorę w świecie beauty i wcale mnie to nie dziwi. To przepiękny złoty rozświetlacz o masełkowatej konsystencji. Nie jest to produkt wypiekany, a raczej klasyczny prasowany rozświetlacz.

CATRICE LIMITED EDITION GLOW PATROL C01 MUSE 

Dla mnie jest to rozświetlacz niezwykle wyjątkowy i pomimo, że nie możecie go już kupić, ponieważ ta limitka jest z zeszłego roku, to i tak postanowiłam go tutaj umieścić. Wiele osób porównywało ten rozświetlacz z rozświetlaczem Diora, więc, no słuchajcie, musi coś w nim być! Jest przepiękny i daje ultra mocny błysk. Może jest odrobinkę delikatniejszy od TH z Glamshopu, ale według mnie to też trochę inne wykończenie i formuła.



Zostawiam Wam jeszcze swatche. Pierwsze zdjęcie z lampą, drugie w świetle naturalnym dziennym :)


Znacie któryś z rozświetlaczy, które pokazałam Wam dzisiaj? Jestem bardzo ciekawa jakich rozświetlaczy Wy aktualnie używacie i czy też zauważyłyście tą zmianę w formułach tych produktów ;) Dajcie znać, czekam niezmiennie na Wasze komentarze <3


7 października 2020

Najlepszy puder sypki na świecie | Recenzja Air Spun Loose Face Powder

Najlepszy puder sypki na świecie | Recenzja Air Spun Loose Face Powder

Nie potrafię odpowiedzieć Wam na pytanie, dlaczego tak długo zwlekałam z recenzją swojego ukochanego pudru! Jestem aktualnie na 4 albo nawet i na 5 opakowaniu, czyli zużyłam go już około 300 gramów! Zapraszam Was dzisiaj na recenzję pudru Coty Air Spun Loose Face Powder w odcieniu Translucent Extra Coverage, produktu, który przetestowałam wzdłuż i wszerz, w każdych możliwych warunkach.

Puder Coty Air Spun zamknięty jest w plastikowym, dość prostym opakowaniu, które mieści aż 65 gramów produktu. Jak na puder to olbrzymia pojemność, biorąc pod uwagę np. puder Laura Mercier 29 g, pudry Wibo około 10-15 g, puder Too Faced Peach Perfect 35 g. Jego cena to około 60 zł, ja zawsze zamawiam go na stronie Cosibella.



Przyznam, że wizualnie to on raczej nie zachwyca, nie wiem co autor grafiki i koloru opakowania miał na myśli, no ale przecież nie oceniamy książki po okładce... W środku dołączony jest zawsze taki duży puszek, którego ja pozbywam się z prędkością światła, bo jest naprawdę beznadziejny :D Poza puszkiem oczywiście mamy siteczko z dość dużymi dziurami, przez które puder wydobywamy. Jest ich dość sporo, przez co nietrudno jest przesadzić z ilością.

Nie da się nie zwrócić uwagi na zapach tego pudru. W momencie otworzenia opakowania dokoła unosi się intensywny i dość ciężki zapach. Osobiście wolałabym, gdyby ten puder w ogóle nie miał zapachu albo był on o połowę delikatniejszy. Części osób naprawdę on przeszkadza, ja się już przyzwyczaiłam, ale jest też grono osób dla których ten zapach jest przyjemny. Dla mnie ciut za mocno duszący. Na szczęście nie towarzyszy nam on przez cały dzień, a jedynie w momencie aplikacji i chwilkę po, a potem znika bezpowrotnie. 


Sam puder zasługuje zdecydowanie na pochwałę - ogólnie rzecz biorąc stosunek ceny do jakości i pojemności (!) jest w tym przypadku re-we-la-cyj-ny!!! A jakbym miała się bardziej rozpisać to tak: genialnie utrwala makijaż na kilkanaście godzin (to też produkt, którego używam na klientkach), nie zmienia odcienia podkładu, pięknie wpasowuje się w odcień skóry, pozostawia długotrwały efekt miękkiego matu bez grama suchości, a w przypadku poprawek jest bardzo plastyczny, po odciśnięciu sebum bibułką, chusteczką, czymkolwiek, znowu wygląda perfekcyjnie, nie podkreśla suchych skórek, bardzo dobrze sprawdza się w okolicy pod oczami, nadaje się zarówno do lekkiego omiatania skóry, jak i do bakingu, jest bardzo mocno zmielony, pozostawia skórę wygładzoną.


Dla mnie ten puder nie wygląda na skórze ciężko chociaż nazwa tego odcienia brzmi trochę hardcorowo i trochę jak szpachla ;), ale coś w tej nazwie jest. Puder faktycznie nie pozostawia na skórze koloru, chociaż w opakowaniu jest delikatnie beżowy, a to krycie rozumiem jako wygładzenie skóry. Ten efekt jest naprawdę nieziemski. Przypudrowany tym pudrem korektor pod oczami wygląda pięknie i nic nie zbiera się w załamaniach przez wiele godzin. Według mnie nadaje się on zarówno do cer suchych, bo nie ściąga, mat jest bardzo naturalny, no i zawsze można użyć go w mniejszej ilości. Cery tłuste i mieszane sięgając po ten puder będą nakładały go odrobinę więcej, nie tracąc przy tym na efekcie nieskazitelnej cery ;)


Moim zdaniem to najlepszy puder sypki jakiego używałam, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty i mega mocno go polecam. Zgadza się z każdym korektorem i podkładem, z którymi go testowałam, nie wysusza skóry, nie zapycha, nie uczula. Uwielbiam go i wybaczam intensywny zapach. Jeżeli szukacie genialnego pudru to musicie go wypróbować. Gwarantuję, że pokochacie go tak samo jak ja! 


A czy Wy macie swój ulubiony puder sypki? Polecacie coś konkretnego? A może znacie gagatka, o którym jest dzisiejszy wpis? Podzielcie się swoimi wrażeniami ;)

29 września 2020

Siła makijażu, czyli #powerofmakeup | Makijaż na pół twarzy | Mój stosunek do makijażu na przestrzeni lat

Siła makijażu, czyli #powerofmakeup | Makijaż na pół twarzy | Mój stosunek do makijażu na przestrzeni lat

Dziewczyny malujecie się na co dzień? A może jesteście z tych, co w ogóle nie uznają makijażu albo wręcz przeciwnie - bez makijażu nie pójdziecie nawet po pieczywo do sklepu? Jestem ogromnie ciekawa jaki jest Wasz stosunek do makijażu i czy korzystacie z jego dobrodziejstwa 😊 

Bo dzisiaj będzie właśnie o sile makijażu, czyli #powerofmakeup. Napiszę Wam czym dla mnie jest makijaż, cofając się kilka lat wstecz, bo mój stosunek na przestrzeni czasu trochę się zmienił. Pokażę też jak dużo makijaż zmienia ;)

Jako nastolatka stawiałam w nim swoje pierwsze, mniej lub bardziej świadome, kroki. Błędy starałam się korygować na bieżąco, chociaż nie wszystko było dla mnie widoczne. Kiedyś wydawało mi się, że ten makijaż po prostu być musi. Że jak już zaczęłam się malować to nikt bez makijażu zobaczyć mnie nie może. I obowiązkowo nie może zostać pominięty żaden etap. Nie raz i nie dwa było u mnie mocne oko i czerwone usta, co w przypadku 15-letniej dziewczyny dawało efekt kobiety koło 30-stki. Dochodzę do wniosku, że musiałam się wyszaleć. 

Dodam, że nie miałam problemu z trądzikiem. Wszystkie pryszcze na mojej twarzy znały umiar i nie spędzały mi snu z powiek. Mimo tego i tak nosiłam podkład, ale to wynikało z faktu, że mam od dziecka czerwone policzki i starałam się ukryć ten mankament. Przez liceum używałam podkładu Bourjois Healhty Mix (testując w międzyczasie inne podkłady, bo przecież wtedy już miałam bloga). Chociaż to był ciągle czas kiedy kolorowe cienie były na porządku dziennym, a ja chciałam wszystkim dookoła pokazać swoje umiejętności. Cały czas się uczyłam i kombinowałam. Ten wysiłek się opłacał. No i po tych wszystkich latach w końcu jestem tu gdzie teraz. 

Aktualnie nie mam potrzeby udowadniania nikomu tego, że umiem w makijaż. Robię to przede wszystkim dla siebie. Jestem zadowolona z efektu jaki uzyskuję. W tej dziedzinie nie można zwalniać, cały czas trzeba się doskonalić. Makijaż dodaje mi wyrazistości i pazura. Lubię siedzieć przed lustrem i patrzeć jak nabieram wyrazu. 

Nie mam jednak problemu by wyjść z domu bez makijażu, bo maksymalnie przykładam się do pielęgnacji swojej cery. Tak, więc spacer z psem na spacer czy pójście do sklepu bez makijażu nie jest dla mnie problemem. Są też takie dni kiedy po prostu nie chce mi się malować i wtedy nawet gdzieś po mieście śmigam bez mejkapu. I nie sądzę wcale, że kogoś tym krzywdzę, że straszę itd. To wciąż jestem ja.

A za siłę mojego makijażu uznaję teraz świetlistą cerę i długie, gęste rzęsy (dzięki odżywce), które po pomalowaniu są przepiękne. Lubię delikatne cienie, błysk, lubię kreskę i nude usta. Dzięki makijażowi oczy stają się większe, bo kończą się tam gdzie cieniowanie. Mogę delikatnie poprawić usta, nadając im pomadką pełniejszy kształt.

O sobie bez makijażu myślę, że to moja bardziej dziecięca wersja. I czasami naprawdę lubię poczuć się jak dziecko. 

Na każdym zdjęciu jestem ja. Daje Wam pogląd jak dużo zmienia makijaż lub jego brak ;)


 Jestem bardzo ciekawa czy lubicie się bez makijażu, bo w makijażu to wiadomo, że każdy czuję się odrobinkę pewniej i może góry przenosić ;) Lubicie te Wasze poranne metamorfozy przed lustrem? No i jak to u Was jest z #powerofmakeup? 

Copyright © majmejkap , Blogger