Coś dla sroczek - fanek błysku | Cień H&M LET IT SHINE | Magia drobinek!

Coś dla sroczek - fanek błysku | Cień H&M LET IT SHINE | Magia drobinek!

O ile pamięć mnie nie myli to wśród czytelniczek mojego bloga jest sporo miłośniczek migoczących i błyszczących makijażowych cacek ;) Jeśli jesteś na tropie kolejnej perełki w tej kategorii to dzisiejszy wpis na pewno Cię zainteresuje. Tym bardziej, że pokażę cień, który jest łatwo dostępny i nie naruszy mocno Twojego budżetu.

Moda na takie błyszczące cienie-toppery zaczęła się już jakiś czas temu, ale mam wrażenie, że to właśnie w okresie jesienno-zimowym nabiera prawdziwej mocy. Ten rodzaj cienia to najczęściej żaden konkretny kolor ani wysoka pigmentacja. To po prostu miliony drobineczek, które mienią się na różne kolory i stanowią akcent i wykończenie makijażu oka. Uwierzcie mi, że taki błyszczący top nałożony na matowe ciemne smoky robi robotę i podkręca taki makijaż.

Mi w ofercie H&M wpadł właśnie taki migoczący cień o nazwie LET IT SHINE. I na pierwszy rzut oka wyglądał jak biały perłowy cień, nic ciekawego. Jednak pod różnym kątem zmieniał on swoją tonację na lekko złotą lub limonkową. Zmacałam w sklepie i moim oczom ukazała się magia drobinek :) ;) 


Drobinki mienią się właśnie złotem i limonką. Są maciupkie, przez to też niezwykle eleganckie. Cień nie jest suchy, gładko sunie po nim palec. Ja jednak przed aplikacją tego rodzaju błyszczących cieni  zawsze sięgam po klej do brokatu z Nyxa i mam wtedy pewność, że nic mi się z powiek nie osypie w ciągu dnia.


Samo opakowanie też zasługuje na pochwałę, bo jest bardzo eleganckie, malutkie i moim zdaniem praktyczne. Przez okienko widać jaki kolor jest w środku, więc jeśli macie takich cieni więcej to nie ma potrzeby otwierać wszystkich żeby znaleźć konkretny odcień. Cena takiego cienia to  24,90 zł i kupicie go w sklepach stacjonarnych lub online ;)


Wydaje mi się, że dobrze udało mi się na zdjęciach uchwycić jak ten cień się prezentuje i jaką ma w sobie moc. Jest absolutnie piękny i uważam, że wart Waszej uwagi.



AA Wings of Color Dust Matte Loose Powder | Najlepszy puder sypki z drogerii? Efekt Photoshopa?

AA Wings of Color Dust Matte Loose Powder | Najlepszy puder sypki z drogerii? Efekt Photoshopa?

Jeszcze w październiku robiłam na swoim Instagramie ankiety, w których pytałam Was o czym chcecie u mnie poczytać. Puder, o którym będzie dzisiaj zyskał bardzo dużo głosów, więc nie sposób było pominąć jego recenzji. Także dzisiaj, poniekąd na Waszą prośbę, zapraszam na recenzję pudru AA Wings of Color Dust Matt.

Swoje opakowanie pudru udało mi się kupić podczas ostatniej promocji w Rossmannie. Chciałam spróbować czegoś nowego i wybór padł właśnie na ten kosmetyk.


Opakowanie pudru absolutnie zasługuje na to aby poświęcić mu chociaż chwilę. Otóż jest to zakręcany słoiczek z siteczkiem w formie jakby rajstopy ;) Sitko nie jest duże, znajduje się na samym środku dodatkowo są jakby zaokrąglone ścianki dzięki czemu puder wykorzystamy w stu procentach, nie będzie on właził w żadne kanty (nie wiem czy ja to dobrze tłumaczę, ale widzicie to na zdjęciach). Największy hit tego opakowania to taka wypukłość w pokrywce, która dotyka powierzchni sitka po zakręceniu i nie pozwala na rozsypywanie się pudru wszędzie dookoła, wszystko jest czyściutkie.


Uff. Kwestia opakowania za nami. A teraz pora na wnętrze ;) 

Sam puder jest niezwykle drobno zmielony i aksamitny. Spośród tych, które testowałam z drogerii ten jest naprawdę wyjątkowy i wyróżnia się na tle innych. Jego kolor jest jaśniutko beżowy, ale po roztarciu na skórze totalnie niewidoczny. W żaden sposób nie wpływa też na kolor podkładu czy korektora.


Zwykle aplikuję go gąbeczką, potem omiatam twarz miękkim pędzlem. Na skórze wygląda pięknie, tak miękko i bardzo naturalnie. Nie widać nawet z bliska, że macie na sobie puder. W świetle sztucznym rozmywa rysy twarzy, efekt photoshopa gwarantowany! 

Osobiście tego pudru używam głównie pod oczy, bo tam jego właściwości robią super robotę. Po pierwsze bardzo wygładza skórę, nie zostawia żadnego koloru i super utrwala nałożony korektor. Z ręką na sercu powiem Wam, że korektor z tym pudrem wygląda pod oczami idealnie przez cały dzień. Niezależnie co robię i jak intensywny mam dzień, ten duet po prostu zostaje nienaruszony.

Jeśli stosuję go na całą twarz to nie mam problemów z dalszym makijażem - nakładaniem brązera, różu i rozświetlacza. Wszystko ładnie się aplikuje bez nieestetycznych plam i smug na policzkach.


Bardzo zachęcam Was do jego przetestowania, bo jest naprawdę dobrze dostępny, a efekt na pewno Was zachwyci. To jest z produktów must have do wypróbowania z drogerii. Będziecie miło zaskoczone tym produktem ;)
Lovely Banana Chocolate | Mój ulubiony puder prasowany

Lovely Banana Chocolate | Mój ulubiony puder prasowany

Wszyscy, którzy śledzą mojego bloga od dłuższego czasu i wnikliwie czytają, na pewno wiedzą, że jestem absolutną fanką pudrów sypkich i w pracy z klientkami używam tylko i wyłącznie ich. Miałam parę przygód z pudrami w kamieniu, ale zawsze jednak wracam do sypańców. Może i są lotne, mają złe opakowania, ale efekt jaki dają na skórze jest tego wart. 

I tak w sumie sprawa się miały do mniej więcej czerwca/lipca kiedy to zaczęłam testować bananową czekoladkę marki Lovely, czyli puder Banana Chocolate. Nie bądźcie zaskoczone, że na zdjęciach widzicie praktycznie nowy produkt - to moje kolejne opakowanie, kilka dni temu wykończyłam poprzednie.


Nie ukrywam, że do zakupu pierwszego opakowania skusił mnie właśnie uroczy kartonik. Leciutki, ciekawa szata graficzna, urocze okienko to wszystko sprawiło, że serduszko zabiło mi mocniej. Spodobał mi się również jego kolor no i cała ta idea, że to puder bananowy, które w innych markach już są i niektóre naprawdę świetnie się sprawdzają (np. Ben Nye Banana, ale to trochę inna półka cenowa :D)


Największym zaskoczeniem był dla mnie fakt jak miękki i aksamitny w dotyku jest ten puder. Nie boję się go używać nawet pod oczami - nie przesusza tej delikatnej okolicy i wygląda tam naprawdę super. Ogólnie bardzo dobrze nabiera się na pędzel, nie trzeba nie wiadomo ile kręcić pędzlem w opakowaniu żeby cokolwiek na nim zostało.

Jest to puder, który utrwala podkład i korektor, matowi skórę, ale ona wciąż pozostaje bardzo naturalna i delikatnie świetlista. Tą delikatną satynkę jaką puder zostawia widać po roztarciu go na dłoni. Kolor pudru nie jest widoczny na skórze, ale myślę, że jeśli byłby on biały to mógłby bielić skórę. Ten bananowy jest na skórze zupełnie niewidoczny!


Bardzo mi się podoba, bardzo! Dodatkowy plus za to, że późniejsza aplikacja brązera i rozświetlacza czy też różu jest bezproblemowa. Produkty zostają na skórze i nakładają się bez większego wysiłku. 

Jeżeli szukacie produktu kompaktowego, który zapewni Wam bardzo naturalny wygląd to ogromnie polecam właśnie ten puder. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to produkt stworzony dla cer przetłuszczających się, ponieważ nie zmatowi Was na tak długo jakbyście tego oczekiwały. Rezerwowałabym go raczej dla cer suchych i normalnych - u tych sprawdzi się genialnie ;)
Ulubieńcy października | Bourjois, AA Wings of Color, Kobo, Hean, Urban Decay, Wibo, Huda Beauty

Ulubieńcy października | Bourjois, AA Wings of Color, Kobo, Hean, Urban Decay, Wibo, Huda Beauty

Hej, dzisiaj zapraszam Was na kolejną część ulubieńców miesiąca. Październik za nami i powiem Wam, że był to dla mnie miesiąc odkryć kosmetycznych. Wiele produktów przewinęło mi się przez ręce, sporo z nich trafiło do ulubieńców ;) Jeśli ciekawi Was co takiego w tym miesiącu mi się spodobało i sprawdziło to zapraszam do dalszej części. Październikowi ulubieńcy to będzie mix produktów z różnych półek cenowych :)

Z wielką przyjemnością zaczynam od produktu, do którego wróciłam po latach. Mówię tutaj o kremie CC od Bourjoisa w odcieniu Ivory. Kupiłam go podczas promocji w Rossmannie i cieszę się, że sięgnęłam po niego ponownie. Kiedyś już go miałam i bardzo dobrze mi służył. To bardzo lekki, całkiem dobrze kryjący krem/podkład, który daje na skórze bardzo naturalne wykończenie. Naprawdę świetnie wygląda na twarzy i jest bardzo trwały. Postanowiłam, że jesienią przerzucę się na lżejsze formuły podkładów i ten  krem CC w pełni mi odpowiada. Bardzo serdecznie Wam go polecam! ;)

Bardzo miłym odkryciem października jest nowy korektor marki Kobo Creamy Camouflage Correcting & Contouring. Pamiętam, że kiedyś już miałam korektor tej firmy, taki lżejszy, bardziej rozświetlający. Teraz Kobo wyszło z wersją mocniej kryjącą. I moim zdaniem jest to naprawdę świetny korektor. Krycie ma faktycznie bardzo dobre, jest kremowy i nie ciemnieje po aplikacji. Jak najbardziej nadaje się pod oczy, bo nie przesusza tej delikatnej skóry. Odcień Fair, który mam ma ładne żółte tony i świetnie niweluje wszelkie zasinienia i zaczerwienienia. Myślę, że warto go przetestować i sprawdzić jak on działa.


Puder! Tak, puder to jest dopiero hicior! Sypki puder AA Wings of Color Dust Matt w odcieniu transparentnym mogę spokojnie ogłosić najlepszym sypkim pudrem z drogerii! Naprawdę! Jest to ultra zmielony, aksamitny, drobniutki puder, który nieziemsko wygładza skórę i utrwala makijaż na długie, długie godziny. Na pewno poświęcę mu w listopadzie osobny wpis, bo jest tego absolutnie wart. 

Ulubieńcem minionego miesiąca jak i poprzednich jest oczywiście brązer Wibo Beach Cruiser w odcieniu 02 Cafe Creme. Już tyle razy Wam o nim pisałam, ale naprawdę ogromnie go lubię i jest to mój absolutny faworyt w tej kategorii. Ma piękny odcień, który sprawdza się praktycznie na każdej karnacji, dobrze mi się z nim pracuje, nie ma problemu z roztarciem. Widzicie zresztą po zużyciu jak mocno jest kochany. Podczas promocji w Rossmannie kupiłam jeden egzemplarz na zapas - tak na wszelki wypadek jakby mieli go wycofać czy coś ;)


Rozświetlaczem, którego używałam najczęściej jest foliowy cień marki Hean w kolorze Evening Flash. Ja stwierdziłam, że będę go używała jako rozświetlacza. Jest to przepiękny odcień jasnego złota, który daje tak niesamowitą taflę na skórze, że śmiało można powiedzieć, że jest to rozświetlacz widoczny z kosmosu. Nie ma nawet minimalnej ilości drobinek, a skóra nim pokryta wygląda na mokrą. Opakowanko jest malutkie (w końcu docelowo jest to cień do powiek), cena również jest bardzo przystępna. Hean dostaniecie w Hebe albo w sklepach internetowych.


Teraz przejdźmy do podkreślania brwi, bo tutaj mam dwa nowe dla mnie i naprawdę świetne produkty. Pierwszym z nich jest kredka Wibo Feather Brow Creator w odcieniu Soft Brown. Ta kredka wyparła mojego dotychczasowego ulubieńca, czyli kredkę Catrice. Ta z Wibo jest niesamowicie cieniutka i bardzo precyzyjna. Jej formuła nie jest ani za sucha, ani zbyt woskowa - idealnie wyważona. Na drugim końcu kredki jest spiralka do wyczesywania brwi, co bardzo ułatwia pracę ;) Świetnie mi się tej kredki używa i co ważne nie muszę jej ostrzyć, bo kredka jest wykręcana. Naprawdę bardzo cieszę się, że ją kupiłam i tak super mi się sprawdza. 

Drugi produkt do brwi to żel Miss Sporty Happy Brow. I w sumie to podchodziłam do niego sceptycznie, bo za marką nie przepadam i kilka produktów kiedyś mnie już zawiodłam, ale skusiłam się na ten produkt, bo w sklepie do złudzenia przypominał mi mojego ulubieńca z Rimmela, który niestety został wycofany. Okazało się, że są to praktycznie te same produkty! Żel ma małą wygodną szczoteczkę i dobrze utrwala brwi, dając taki "mokry" efekt. Bardzo ładnie podkreśla włoski. To moje kolejne odkrycie z Rossmanna ;)


Mój makijaż oczu w październiku ograniczał się tak naprawdę do brązera i błysku. I właśnie za błysk odpowiedzialny był cień Catrice Liquid Metal w odcieniu Daily Dose of Rose. Wystarczy odrobinka tego cienia, pac-pac paluszkiem po powiece i makijaż jest gotowy ;) Cień jest bardzo trwały i nie kruszy się, ale jeśli nałożycie go za dużo wtedy zniknie z powieki w ciągu dnia powolutku wykruszając się. Tak czy inaczej bardzo zachęcam Was do stosowania takich cieni, bo to łatwy sposób na efektowny look ;) 

A jeśli chciałam żeby błyszczało się bardziej to wtedy z pomocą przychodziły mi brokatowe linery Urban Decay Heavy Metal. Mam dwa kolory: złoty Midnight Cowboy i różowy Catcall. Kocham oba i w sumie używam ich zamiennie, dobierając ten, który lepiej pasuje. To zatopione w płynnej bazie miliony drobinek brokatu, które ślicznie się mienią - zarówno w słońcu jak i sztucznym świetle ;) Nie są to tanie zabawki, ale dla tego efektu myślę, że warto je kupić.


Ostatni ulubieńcy to matowe pomadki do ust Huda Beauty. W październiku kupiłam dwa pierwsze kolory i naprawdę przepadłam. Wybrałam Bombshell i Gossip Gurl. Dwa zupełnie różne, ale dokładnie takie jakie lubię najbardziej. To co podoba mi się w tych pomadkach to ich płynna, leciutka formuła i nieziemska pigmentacja. To taka farbowana woda. Jedno przeciągnięcie aplikatorem po ustach gwarantuje 100% krycie. Pomadki są bardzo komfortowe z naciskiem na BARDZO. Naprawdę. Kompletnie niewyczuwalne podczas noszenia, do tego stopnia, że w ciągu dnia można zapomnieć o tym, że rano malowałyśmy usta. Absolutnie dołączam do fanek tych matowych pomadek i z chęcią kupię również inne kolory.




I to już wszyscy moi ulubieńcy. Mam nadzieję, że spośród produktów, które Wam pokazałam wypatrzyłyście coś dla siebie i z chęcią przetestujecie. A ja czekam na Wasze kosmetyczne polecenia i przy okazji ogłaszam, że listopad będzie miesiącem recenzji na moim blogu! Tekstów tego typu pojawi się sporo i postaram się żeby było ich jak najwięcej ;)


Moje ulubione pomadki w ciepłej tonacji nude | Nabla, Golden Rose, Kobo, Huda Beauty, Lovely

Moje ulubione pomadki w ciepłej tonacji nude | Nabla, Golden Rose, Kobo, Huda Beauty, Lovely

Usta w odcieniu nude to jeden z najpopularniejszych wyborów jeśli chodzi o makijaż ust. Sama bardzo lubię takie kolory na sobie i zawsze gdy mam mocniej pomalowane oczy albo po prostu nie chcę aby makijaż odwracał uwagę od mojego stroju to sięgam po nudziaka. Trzeba przyznać, że jest to najbardziej bezpieczna opcja jeśli chodzi o usta ;)

W dzisiejszym wpisie przygotowałam dla Was moje ulubione pomadki nude, ale w tej cieplejszej wersji. Coś bardziej beżowo-brzoskwiniowego ;) Wszystkie produkty, które Wam pokażę mają matowe wykończenie, chociaż ich formuły są różne.


Żeby tego wstępu nie przeciągać w nieskończoność od razu przejdę do pierwszej pomadki.

LOVELY MOUSSE MATTE LIPSTICK NUMER 01
To pomadka w formie klasycznego sztyftu o bardzo zaskakującej formule. Przy aplikacji jest kremowa jak masełko co totalnie nie wróży matowego wykończenia. Po chwili jednak staje się matowa, zastyga na ustach i jest naprawdę, naprawdę bardzo trwała. Jedzenie i picie nie jest straszne. Jej odcień to połączenie koloru brzoskwiniowego i koralowego. Bardzo ładnie pachnie i dobrze wygląda na ustach.


KOBO TRUE MATT NUMER 506 TIMELESS BEAUTY
Kolejna klasyczna szminka w nieco jaśniejszym odcieniu niż ta z Lovely. Ciężko mi określić jej kolor, ale dla mnie to taki morelowy jogurt ;) Ma bardzo naturalne wykończenie, nie jest zbyt papierowa na ustach i na pewno ich nie przesusza. Nie mogę nie wspomnieć o jej pięknym magnetycznym opakowaniu - jest boskie!


GOLDEN ROSE VELVET MATTE NUMER 10
Pomadek z tej serii używał już chyba każdy. Moim sprawdzonym kolorkiem jest właśnie 10. To bardzo twarzowy kolor, w którym ja doszukuję się nawet odrobinki czerwieni. Dla jest to wciąż stonowana pomadka i bardzo lubię jej używać. Zdarza się nawet, że pomieszkuje w mojej torebce.


NABLA DREAMY MATTE LIQUID LIPSTICK SWEET GRAVITY
To pierwsza płynna pomadka w tym zestawieniu i jeden z moich top of the top jeśli chodzi o pomadki w tej tonacji. W tej pomadce zdecydowanie wybija się brąz, ale jest właśnie taki cieplutki i otulający. Pomadka jest niezwykle trwała i ma bardzo dobry aplikator, który ułatwia precyzyjne nałożenie pomadki na usta.


GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK NUMER 13
Tą pomadkę również kocham bardzo mocno! Idealne wyważenie między brzoskwinią a beżem. Odcień, który pasuje naprawdę wielu osobom i jest przez to mocno uniwersalny. Jeśli chodzi o formułę tej pomadki to jest ona bardzo komfortowa w noszeniu i nie wysusza moich ust, chociaż wiem, że niektórym niestety przesusza i to bardzo mocno.


GOLDEN ROSE LONGSTAY LIQUID LIPSTICK NUMER 17
Drugim kolorkiem z tej serii jest 17 i ten kolor jest nieco bardziej nasycony. Dominuje w nim zgaszona pomarańczka. Z tą pomadką usta są podkreślone, ale nie dominują na twarzy. Co do formuły no to tak jak z poprzednią szminką, niektórym usta wysusza - mi nie ;)


HUDA BEAUTY LIQUID MATTE LIPSTICK BOMBSHELL
I na koniec pozostała nam jedna z kultowych pomadek Huda Beauty czyli właśnie Bombshell. W moim odczuciu jest to połączenie dwóch poprzednich pomadek, które opisałam. Doszukuję się w niej zarówno tonów beżowych jak i pomarańczowych. To bardzo dobra pomadka! Zresztą myślę, że za cenę jaką trzeba za nią zapłacić można tego oczekiwać. Formuła jest bardzo lekka, płynna i faktycznie długotrwała.


To są moje ulubione pomadki w tej tonacji kolorystycznej. Za każdą jedną ręczę, są naprawdę bardzo dobre ;) Zarówno te tańsze jak i droższe. Tylko od Was zależy, którą wybierzecie dla siebie - ja daję Wam wybór. 



A może macie jakąś inną ulubioną pomadkę w tej kolorystyce? Czekam na Wasze hity i propozycje ;)
Trio do konturowania Hean COCONUT Modeling Palette

Trio do konturowania Hean COCONUT Modeling Palette

Witam wszystkich bardzo serdecznie po przymusowej przerwie spowodowanej moim pobytem w szpitalu, ale spokojnie, już do Was wracam i dzisiaj chcę pokazać bardzo dobrą, drogeryjną paletkę do konturowania marki Hean. Mam ją już od około dwóch miesięcy i bardzo przyjemnie mi się jej używa na co dzień.

Muszę wspomnieć, że ja uwielbiam produkty do modelowania twarzy. Kupuję ich sporo i sporo testuję. Mam też swoich ulubieńców w tej kategorii i spokojnie mogę powiedzieć, że ta paletka dołączyła do tego zacnego grona.


Samo opakowanie jest plastikowe, bardzo zgrabne i poręczne. Cała paletka to nieco ponad 11 g produktów, więc świetna opcja na wyjazdy. Jako, że paletka pochodzi z serii kokosowej to delikatnie tym kokosem pachnie, ale naprawdę bardzo delikatnie i podczas aplikacji tego zapachu zupełnie nie czuć.

W skład trio wchodzą dwa matowe brązery oraz metaliczny rozświetlacz, który moim zdaniem ma praktycznie identyczną formułę jak cienie foliowe marki Hean. Jest przez to bardzo intensywny, ale mi to jak najbardziej odpowiada. Jego odcień jest szampański z nutą brzoskwini. Nie ma drobinek, bardzo dobrze się aplikuje i "klei" się do skóry. Na pewno dużym plusem jest fakt, że jego intensywność można stopniować i uzyskiwać dzięki temu różne efekty. 


Same brązery są do siebie bardzo mocno podobne i tak naprawdę na pierwszy rzut oka ciężko dostrzec między nimi różnicę. Jeden z nich jest minimalnie cieplejszy i jaśniejszy, drugi chłodny i ciemniejszy. Oba są bardzo dobrze napigmentowane i przy pierwszym dotknięciu pędzlem do skóry zostawiają sporo koloru. Może i brzmi to przerażająco, ale uwierzcie mi, że nie stanowi to żadnego problemu, ponieważ z łatwością to wszystko da się rozetrzeć.

Te brązery są takie jak lubię. Niby matowe, ale na skórze wyglądają bardzo naturalnie i nie papierowo. Na twarzy ich intensywność również da się stopniować.


Aplikacja każdego z tych produktów przebiega gładko i bezproblemowo. Zestaw ten pozwala na uzyskanie pięknego modelowania twarzy, a efekt jaki osiągamy jest trwały.

Ogólnie bardzo Wam polecam ten produkt ;) To świetna drogeryjna opcja, w sumie na każdą kieszeń. Jakość pudrów jest naprawdę wysoka i myślę, że będziecie z niej zadowolone jeśli zdecydujecie się na zakup ;)

W komentarzach koniecznie napiszcie mi jakie są Wasze ulubione produkty do modelowania twarzy. Może macie do polecenia jakiś super brązer? Albo rozświetlacz? Chętnie przejrzę Wasze rekomendacje! ;)
Copyright © 2014 majmejkap , Blogger